Mam już wszystkie prezenty, mam ustalone, jak spędzę święta. Mam zwolnienie lekarskie na tydzień – niespodziewane, acz nad wyraz satysfakcjonujące. Mam nieprzyzwoite sny z różnymi znanymi mi osobami. Mam trudności z zabraniem się za pisanie prac na uczelnie, mam kubek gorącej herbaty żurawinowej, grzejący chłodne dłonie, które również mam.

Spędziłam cały dzień z rodziną. A to z rodzicami, z którymi z resztą radośnie wypiłam piwko i takie tam, z dziadkami, z mężem i bratem. W różnych momentach i konfiguracjach. Wszystko z powodu, zbliżającej się wielkimi krokami, przeprowadzki rodziców. Mój dom rodzinny, mieszkanie, w którym spędziłam największą część swojego życia, stanie się biurem tłumaczeń. Młodzież ze śródmiejskich szkół, już nie będzie przychodzić na podwórko z piwem i zastanawiać się, kim jest ten człowiek, którego gigantyczną bibliotekę widać przez okno na pierwszym piętrze. Ze ścian zdejmujemy obrazki z Bali, kapelusze z Burkina Faso i zdjęcia z dzieciństwa. Do oddania przygotowaliśmy już z dziesięć worów ubrań, nazbierało się przez te wszystkie lata. Rodzice będą teraz mieszkać w przepięknym mieszkaniu, w którym nie będzie nawet pokoju gościnnego. Goście, co najwyżej na kanapie, dzieci na bank więc nie wrócą pod skrzydła rodziców. Mętlik w głowach naszych wszystkich.