wkra blog

Twój nowy blog

Staram się od jakiegoś czasu znaleźć mieszkanie do wynajęcia. Ja wiem, że chętnych jest wielu. Wiem, że ceny zakupu nieruchomości poszły drastycznie w górę już dawno, ale na Boga! Poza opłatą za mieszkanie, z pensji muszę jeszcze zapłacić rachunki i ewentualnie czasem coś zjeść! Nie mówię nawet o takich przyjemnościach jak kino czy książka. Znalezienie mieszkania w sensownej cenie graniczy z cudem. Ludzie mają podpisaną umowę po trzech kwadransach od zamieszczenia ogłoszenia w internecie! Nie wiem, poszukujący chyba czekają z włączonym silnikiem przy głównych ulicach i jadą na złamanie karku, jak tylko coś znajdą! Mam tego jednak pecha, że pracuję i na dodatek szukam mieszkania sama, więc mam ograniczone możliwości szukania i jeżdżenia. A zegar zaczął zdecydowanie mocniej tykać. Nicto. Z dobrych wiadomości nadal jadę na urlop i nadal kombinacje powodują, że powinnam zapłacić za niego bardzo niewiele. Trzymam się tej myśli.

Codziennie wykonuję x telefonów oraz piszę y maili w sprawie mieszkania, które bardzo chciałabym wynająć. Nie mam specjalnych wymagań, poza ograniczeniem finansowym, okazuje się jednak, że w zasadzie, nie mam z kim i o czym rozmawiać. To raz.
Dwa – noga tak okropnie mnie boli, że kilka razy dziennie rozważam amputację. Byłoby to może mało praktyczne, ale momentami brzmi sensownie.
Po trzecie, stałam się atwórcza w pracy i nie mam siły by zabrać się za tworzenie nowego. A potem będzie urlop, a potem, będzie już za późno. Może katastroficzne myślenie mnie zmotywuje.
Czwarte, duch sportowca mnie opuścił, nawiedził zaś zdecydowanie depresyjny głód. Coś muszę z tym zrobić.
Piąte i ostatnie, a zarazem jedyne pozytywne ostatnio jest to, że krystalizuje mi się urlop. Już mam zarezerwowane noclegi w połowie miejsc (to wcale nie takie proste, bo w sumie będę w sześciu różnych zdaje się) i wiem jak dojechać do Wilna.

Myślałam nad rozpoczęciem cyklu o tytule jak wyżej. Cykle jednak mają to do siebie, że za zwyczaj składają się (przynajmniej docelowo) z więcej niż jednego elementu, na to się jednak nie zanosi. Tak czy siak, poszłam dziś na kolację z prof. Bartoszewskim. No dobrze, nie tylko z nim, było tam jeszcze ze sto osób, ale siedziałam przy stoliku obok i zamieniłam z nim nawet kilka słów. Jak dla mnie to wow. A teraz udam się na spoczynek. O weekendzie może innym razem.

Taki urlop w czwartek. Do środy się nie przepracowałam jakoś specjalnie, potem jeden luźny dzień, który pozwolił mi dziś przyjść w pełni sił. Napisałam, zgodnie z osobiście nałożonym na siebie deadlinem, sprawozdanie i zrobiłam całą masę innych, ważnych rzeczy, by ze spokojnym sumieniem wyjść i ogłosić weekend. Piękne.
Wróciłam do domu przemoczona definitywnie, moje ukochane japonki chyba właśnie dogorywają. Na szczęście z cukru nie jestem. Prysznic, zmiana stroju i za chwilę się zbieram. Idę ze znajomymi z pracy na koncert jednej z kapel, które nam grały w sobotę. Piwko i tawerniany wystrój. Ahoj!

Dobre. Zawiozłam w końcu samochód do mechanika. Wyszłam wczoraj wcześniej z pracy, a dziś w ogóle mam wolne. Przyjechał znajomy, a wczoraj zaliczyłam dwie bardzo przyjemne kawy z przyjaciółkami. Problemy i faceci, czyli na jedno wychodzi ;)
Piękna pogoda, chłodno i w końcu nie duszno. I totalny brak planów, dzień spędzę, jak wyjdzie. Za to plany urlopowe coraz bardziej sprecyzowane.
Złe. Mechanik zadzwonił i powiedział co jest do zrobienia i ile to będzie kosztowało. Sprzedałabym grata, ale teraz nikt nie kupi, a jak już go zrobię, to nie będzie się opłacało. To nie skarbonka, to dobijacz portfela. Całe szczęście, że mój ojciec jest gotów pożyczyć.

Jak widać, dobre górują, szczególnie, że złe jedynie w warstwie materialnej.

Miałam wieczorem iść z mamą na koncert. Ale, że jej się nie chciało, to postanowiłam iść na inny, w ramach WSJD. Pojechałam i na miejscu usłyszałam, że został odwołany. Jako iż sygnał telewizyjny nie odciera do mojego odbiornika, postanowiłam podskoczyć do mamy i razem z nią obejrzeć transmisję koncertu finałowego Festiwalu Żydowskiego w Krakowie. Nie wzięłam jednak pod uwagę, że to będzie ciutki za późno. Na koniec, kiedy już byłam, co najmniej, zrezygnowana, przypomniałam sobie, że miałam dziś, wraz z mężem, doprowadzać stare mieszkanie do porządku, czyt. wywalać niepotrzebne graty. Mąż pamiętał, ale uznał, że skoro ja nie zadeklarowałam godziny spotkania, to znaczy, że nie mam ochoty tego robić i mi nie przypomniał.
Ogłaszam więc, wszem i wobec, że dzisiejszy, jakże przyjemnie rozpoczęty dzień, uznaję za nieudany jednak. Żeby nie powiedzieć dosadniej.

Wczorajszy dzień minął mi pod znakiem koncertu. Od rana przygotowania, koordynacja, pilnowanie, pomaganie, odpowiadanie na pytania, by w końcu rozpocząć. Wczoraj bowiem, po raz pierwszy w życiu, prowadziłam koncert. Koncert szantowy, więc spodziewałam się muzyki nie bardzo w swoim stylu, zespoły, których nie znam i ogólny stres. Okazało się jednak, że grajkowie świetni i samodzielni, muzyka mocno w kierunkach rockowym, tudzież celtyckim (występowały trzy zespoły), a samo prowadzenie wesołe. Po pierwszym wejściu stres minął i zaczęła się atmosfera rozluźniać, zaczęłyśmy (bo prowadziłyśmy we dwie z koleżanką) żartować sobie z chłopakami i z chłopaków i generalnie ponoć wyszło fajnie. Będę mogła zweryfikować, bo wszystko zostało nagrane i będzie dvd. W sumie, mogłabym częściej. I nie zdziwię się, jeśli będę. ;)
Dziś w ramach rekompensaty, dzień leniwy. A zaraz zbieram się na koncert w ramach WSJD (Warsaw Summer Jazz Days).

Nigdy wcześniej nie pracowałam w jednostce podlegającej urzędowi, ani tym bardziej w miejscu, funkcjonującym w systemie szkolnym. Zaczęły się jednak wakacje, a co za tym idzie – skończyły cykliczne zajęcia. Nastał czas podsumowań, weryfikacji budżetów i pisania sprawozdań. Siedzimy więc przy komputerach i stukami przez jakąś część dnia. Powietrze w bezruchu, w pokoju długie okresy ciszy. Aż tu nagle. 
Małe wyjaśnienie. Mam takiego kolegę, który jest mistrzem w nicnierobieniu. Teraz jednak, kiedy ogólna sytuacja sprzyja, upał męczy, przeszedł samego siebie… Po prostu zasnął i nawet głośne chrapanie go nie obudziło. A my, z kolegą Krzysztofem, od działu muzycznego (z którym nota bene świetnie się dogaduję), oddaliśmy się czystej, bezinteresownej złośliwości.

Dziś pojechałam rowerem na dolny Mokotów. Zjeździłam uliczki, o których istnieniu nie miałam pojęcia, pojeździłam po parku swojego dzieciństwa. W byciu samej wspaniałe jest to, że tylko do siebie dostosowuję czas. Mam ochotę to wychodzę, mam fanaberię to wracam. Wsiadam po pracy na rower i jadę sobie na godzinkę czy dwie.
Jutro wychodzę z pracy w południe i jadę gdzieś za miasto. Jak szaleć to szaleć.

W niedzielę pożyczyłam bratu rower, wczoraj więc po niego pojechałam, z planem wycieczkowym. Zadzwoniła jednak w międzyczasie znajoma i wyciągnęła mnie na kawę, która bardzo szybko przerodziła się w niepełny (było nas jedynie pięć), ale zdecydowanie sabat czarownic. Kawa i ploty, i siedzący obok panowie z opadniętymi szczękami. Z opowiadanych historii uśmiałam się niemal do łez i dopiero koło 22:30 zaczęłyśmy się zbierać. Wsiadłam więc na rower i pojechałam jeszcze zobaczyć wystawę przy Parku Ujazdowskim. Szkoda, że nie była dodatkowo oświetlona, ale i tak, zdjęcia rewelacyjne.
Po powrocie do domu, koło 23:30 jeszcze wieczorna porcja ćwiczeń (przypominam sobie, jak to fajnie jest się zmęczyć), prysznic i spać. Człowiek potem wstaje wyspany (o ile to możliwe po sześciu godzinach) i w dobrym humorze.
Jutro przyjdę do pracy tylko na cztery godzinki, a potem zrobię sobie wycieczkę. Do Wilanowa albo może Powsina?


  • RSS