wkra blog

Twój nowy blog

oswajanie przestrzeni

1 komentarz

Od dwóch tygodni jestem na chorobowym. Przyplątało się świństwo i do końca puścić nie chce. Postanowiłam więc wyjątkowo zostać w domu, póki całkiem nie wyzdrowieję. Zupełnie to nie w moim stylu, ale trzeba przecież pracować nad sobą i czasem też skutecznie się doleczyć.
Siedzę w domu, a że rano miał wpaść hydraulik i dokończyć to co zaczął, to jestem na nogach od dziewiątej. Niesamowite, ile można zrobić w domu, bez wychodzenia. Bo że nie leżę tylko w łóżku to chyba oczywiste?
Przystosowuję więc mieszkanie. Już nie wydaje się tak mało, szczególnie, odkąd znalazłam miejsce na niemal wszystkie swoje rzeczy. Zostało kilka solidnych, acz nieopanowanych stosów starych nowych fantastyk, komiksów i innych papierów. Na nie miejsca nie wyczaruję, więc podpierają regały, wypełnione książkami oczywiście. Na dole ustawiłam książki, do których nie sięgam zbyt często i jakoś funkcjonuję. Powbijałam wszystkie potrzebne gwoździe, powiesiłam wszystkie posiadane obrazki, zrobiłam porządki w szufladach z dokumentami i koniec końców, zabrałam się za sprawy uczelniane. Porządkowanie i organizowanie czasoprzestrzeni zawsze się sprawdza, kiedy w życiu szykują się zmiany.
Tak więc, choć pierwszy zjazd dopiero się skończył, napisałam już pierwszą pracę zaliczeniową, zaczęłam pracować nad pracą licencjacką, zastanawiać się nad ćwiczeniami na zaliczenie kolejnego przedmiotu. Wdrażam się w nowy rok akademicki. Dobrze mi było bez zajęć, więcej czasu. Ale, póki co, mam mnóstwo energii i pomysłów na tematy około studiowe. No i staram się wykorzystać ten nadspodziewany wolny czas.

Z bliżej nieokreślonej przyczyny, wymyśliłam sobie kiedyś, że jak coś zacznę oglądać / słuchać / czytać etc. to muszę skończyć. Że niby jest to niezbędne do rzeczowej krytyki czy coś.
Od kilku dni jestem na zwolnieniu lekarskim, co zaowocowało wzmożoną aktywnością na polu pochłaniania przejawów kultury. I tak: Max Cegielski z Masalą mi się podoba (choć za język bym go zabiła), książka własnego ojca z zamierzchłej przeszłości daje dużo do myślenia (rzeczową krytykę przyjął z potakiwaniem głową). Dziś jednak postanowiłam obejrzeć Doktora Żywago. W wersji hollywoodzkiej, ale pal diabli. Tak przynajmniej myślałam przez pierwszy kwadrans nudy i kiczu. Potem było już tylko gorzej. Film miałam ochotę wyłączyć po 20 minutach, a trwał jeszcze kolejne 200. Należałoby go zabronić, jako narzędzie tortur!
Wiłam się na łóżku, robiłam przerwy na picie i jedzenie, na głaskanie kota, nawet „przypadkiem” zasnąć próbowałam! I nic. Film żenujący, gra takoż, muzyka tandetna i tylko chłopiec grający młodego Jurija miał ładne oczy. Masakra!

Obudził mnie budzik. Kiedy tylko się ogarnęłam, usiadłam do pracy, zlecenia, którym sobie dorabiam do pensji. Przerwałam siedzenie nad nim, żeby pójść do pracy. Kiedy z niej wyszłam, udałam się na spotkanie służbowe, którego nie mogłabym odbyć w żaden inny dzień. Wróciłam, żeby usiąść do przerwanego zlecenia. I tak zrobiła się prawie 23.

Od powrotu z urlopu mój świat jest strasznie dziwny. Z jednej strony składa się niemal tylko z pracy. Z drugiej, w życiu prywatnym zaczyna się układać. Pracuję ponad miarę, więc moje mieszkanie nadal wygląda mocno tymczasowo (nie miałam czasu zamówić lodówki i jeszcze nigdy w nim nie jadłam). A jednocześnie nie jest mi z tym źle. Jestem zmęczona, bolą mnie oczy, ale poziom nastroju utrzymuje się na stałym, dość wysokim poziomie. Na dodatek, kiedy już uda mi się oderwać od pracy, spotykam się z ludźmi. Bliskimi, ważnymi, a czasami właśnie poznanymi, ale interesującymi. W tak zwanym międzyczasie załatwiam miliony spraw i zaczynam myśleć o kupnie mieszkania. W przyszłym tygodniu będę sprawdzać swoją zdolność kredytową. I może już w przyszłym roku stanę się właścicielką mieszkania (nie dyskutujmy nad proporcją własności między mną, a bankiem, to przecież kompletnie nie istotne)?

W miarę możliwości śledzę sprawy zagraniczne, oraz wiem, że odbywają się festiwale kulturalne i naukowe w ilościach hurtowych. Przeglądam programy i szukam najważniejszych momentów. Za tydzień pójdę na międzykulturowy panel dyskusyjny. Przy okazji może namówię Maxa Cegielskiego na stanie się elementem cyklu spotkań u mnie w pracy?

dylematy

Brak komentarzy

Położyć się w łóżku z książką, obrabiać zdjęcia, czy pracować? Jechać do rodziców, przyjaciół, czy rozpakowywać rzeczy? Nie wystarcza czasu; ani na obowiązki, ani na odpoczynek. Wieczne zdenerwowanie uciekającymi chwilami.

Jakoś nie mogę dojść do ładu ze światem ostatnio. Czuję, że powinnam sobie wszystko poukładać, a zamiast tego miotam się. Od czegoś jednak trzeba zacząć, więc idę poczytać. Tak po prostu, T. G. Asha o Europie lat 90. Bo chcę. Kot zastąpi, tego kogoś.

zawężenie

Brak komentarzy

Mój świat ostatnio zawęził się znacznie. Opiera się na trzech typach działań. Pracy, przeprowadzki i pracy dodatkowej. Poza tym jeszcze śpię i jem, i chyba niewiele więcej. Nie mam nawet kiedy się tym martwić. Jeśli jednak wszystko pójdzie zgodnie z planem, w nowym tygodniu znów zobaczę słońce. W nowym mieszkaniu, rozpakowana, z opanowanym zleceniem i przygotowaniem do nowego semestru zajęciowego. Jestem dobrej myśli.

po urlopie

Brak komentarzy

Z jednej strony.
Urlop udał się niesamowicie dobrze. Prawie same nowe miejsca, mnóstwo ciekawych ludzi, cała masa zdjęć (nawet kilka dobrych), oddech, patrzenie w niebo, absorbowanie wody; tej zaplanowanej – z morza i tej niekoniecznie – z powietrza. Do tego statki, fale, chodniki, tryliardy zabytków i odświeżenie mięśni. Dużo łażenia, oglądania, dopatrywania się, myślenia, gadania i milczenia. Jako wisienka – sukces komunikacyjny (międzyludzko) z optymistycznymi konsekwencjami.

Z drugiej strony, w tym samym czasie.
Porażka za porażką, nie udało się przeprowadzić, bo firma się wypięła, w pracy kataklizm i otarcie się o zwolnienie, dziś zmienione w myśleniu o składaniu wypowiedzenia. Mnóstwo nerwów, wstydu, zawodu i złości, z za zwyczaj niezależnych ode mnie powodów. Trudno w takich warunkach odpoczywać i relaksować się.

Jednak.
Nie poddaję się. Szukam firmy przeprowadzkowej, staram się poukładać w pracy, kombinuję i jestem dobrej myśli. Coraz więcej wiem o fotografowaniu (musiałam dziś oddać pożyczony aparat) i robię sobie listy rzeczy „do zrobienia”. Dziś odhaczyłam pięć. Dopisałam jedynie cztery więc bilans wychodzi na plus.

Co w weekend robi kobieta pracująca na etacie? Pracuje ;)
Mam za sobą pomiary nowego mieszkania (nie zmieszczę dwóch ważnych rzeczy i jeszcze nie wymyśliłam, co z tym fantem zrobić), umawianie dezynsekcji (zsyp w bloku), 10 godzin w pracy (koordynacja koncertu), pierwsze podejście do zlecenia, które po zdobyciu wprawy i na normalnej sieci powinno mi zajmować jakieś 3h tygodniowo (dziś zajęło pół dnia), wymianę żarówki w lodówce (sądziłam, że wymienia się lodówkę wcześniej niż przepali się żarówka) oraz pracę fizyczną (nieco za późno odkryłam, że mąż zabrał ze sobą jedyny śrubokręt krzyżakowy). Na jutro zostało zgranie wolnego na przeprowadzkę, umówienie ekipy, która jej dokona oraz pana, który mi pomoże się zainstalować (rodzice słusznie zauważyli, że niekoniecznie samej mi się uda powiesić szafki na betonowej ścianie). Odpocząć nie odpoczęłam, ale przynajmniej mam poczucie dobrze spożytkowanego czasu. No i z tym większą radością pojadę na urlop. Jeszcze tylko trzy dni. A od wtorku mogę oficjalnie myśleć już niemal tylko o tym.

emocje

1 komentarz

Kto wymyślił uczucia? Po co mi odczuwać potrzebę bliskości i płakać, na myśl o tym, że nie mam się do kogo przytulić? Czy to z czasem przechodzi?

plany

Brak komentarzy

Jak niektórzy to robią, że mają wolny czas i się nudzą? Po pracy pojechałam spotkać się z ciotką, koło 20 wpadłam do domu nakarmić kota i wypadłam, na koncert. Jutro po pracy jadę spotkać się z S., który ma mi pokazać co i jak odnośnie zlecenia, które podłapałam. Potem spotkać się z właścicielką mieszkania, odebrać klucze, umówić dezynsekcję i pomierzyć. Muszę sprawdzić, czy wszystko się zmieści. W piątek ratunkowa kawa z siostrą (rozstała się z chłopakiem, a ja mam zostać współwłaścicielem jej firmy, ale mniejsza o to), w sobotę cały dzień w pracy. Pisałam już, że robić będę kolejny koncert? Tym razem cała organizacja na mojej głowie. W niedzielę będę pracować dodatkowo oraz, mam nadzieję, czytać w końcu materiały dotyczące projektu, o którym piszę i zapoznawać się z przewodnikiem po Wilnie. Wypadałoby wiedzieć o nim coś, zanim pojadę. Strasznie lubię mieć dużo na głowie, szczególnie, jeśli to są rzeczy „moje”, ale tym bardziej marzę o urlopie.

No więc, tego tam, chciałam powiedzieć, że chyba oficjalnie mogę ogłosić, iż zakończyłam upiorny okres pod tytułem poszukiwanie mieszkania. Przeprowadzka zaraz po urlopie, wcześniej będzie odmalowane na wybrane przeze mnie kolory. Zabiorą wszystkie sprzęty więc powinnam się zmieścić ze swoimi wszystkimi rzeczami. Widok mam na tramwaje, na Jana Pawła, ale skoro lubię urbanistykę miejską to dźwięki też powinnam zaakceptować. Jupi?
Jeszcze ciężko mi w to uwierzyć, stąd może entuzjazm nie przebija. Jest jednak i to mocno zaakcentowany w mojej głowie. Biorąc pod uwagę wszystkie dokonane przeze mnie kombinacje (nie przekręty)  finansowo – czasoprzestrzenne, powinnam mieć na codzień gdzie i za co żyć, co stanowi dodatkowy powód do radości. Ostatni, i w zasadzie najważniejszy, stanowi zbliżający się urlop, na który też mnie stać. Jutro rezerwuję noclegi w Wilnie, a w środę skoczę odebrać bilety na autokar, który nas tam dowiezie. Niepotwierdzone mam w zasadzie jedynie trzy noclegi, ale namiot w samochodzie będzie w razie czego odpowiedzią na wszelkie niepowodzenia. Będę miała pożyczony na cały wyjazd całkiem przyzwoity aparat, a przez jakiś czas dostęp do kilku dodatkowych obiektywów i zamierzam uczyć się pięknej sztuki fotografikowania ;) Będzie dobrze!


  • RSS