wkra blog

Twój nowy blog

  Hmmm, zabieganie remontowe sięga zenitu. Jutro wychodzę wcześniej z pracy, żeby mieć cień szansy na załatwienie wszystkiego na czas i jeszcze odwiedzić dziadka po operacji, bo ponoć tryska dobrym humorem (taka okazja nie zdarza się często). Ciekawe, czy pojawią się znowuż jakieś problemy, czy tym razem pójdzie gładko?
Mimo całego zmęczenia dziś wróciłam do domu w dobrym humorze. Pewnie dlatego, że się nic nie kiełbasiło, co ustaliłam to zrobiłam / załatwiłam / obgadałam. A co więcej zaczynam rozumieć na czym polega puszczanie strzałów, czemu sprawia to przyjemność itd. Wczoraj mianowicie takowego dostałam od Tomka, a dziś z satysfakcją się zrewanżowałam; i nawet prezesina z samego rana nie był w stanie mnie wytrącić z równowagi.

***

  Wiem, wiem. Miałam napisać o Toruniu i późniejszej rozmowie z S. Ale chyba jeszcze nie teraz. Może wieczorem się zbiorę i usiądę. To wbrew pozorom nie takie proste, kiedy jest się zmęczonym i nawet kawa nie pomaga.

Było pod wieloma względami bardzo dobrze. Pod kilkoma jednak niespecjalnie. Nieporozumienia, zły sposób komunikacji i długa, ciężka rozmowa po powrocie. Więcej po przemyśleniu tematu.

  We wtorek zaginął w akcji mój pan od remontu. Komórka mówiła, że niedostępny, nikt nie miał do niego innego kontaktu, ze zdenerwowania wstrzymywałam oddech, bo za dwa tygodnie musimy się przeprowadzić, a tu ani wieści o postępach, ani nawet możliwości wejścia do mieszkania. Jedyny komplet kluczy miał on. Dziś nawet wstałam wcześniej niż zwykle, zamiast jak zaplanowałam się wyspać, żeby pojechać na miejsce i może go zastać. Ale oczywiście bez większych efektów, za drzwiami było głucho (dziwnie się wali we własne drzwi, szczególnie kiedy się jeszcze nie zna sąsiadów). Jedyne co mi pozostało to zostawienie rozpaczliwej kartki w drzwiach. Co też grzecznie uczyniłam.
  W pracy nie mogłam usiedzieć, bo nawiedzały mnie już myśli o tragicznej śmierci majstra i moich próbach dostania się do mieszkania śmierdzącego trupem. Do domu wróciłam niemalże układając w myślach nekrolog, kiedy niespodziewanie zadzwonił telefon. Tak! To on! Dzwonił od moich rodziców, do których wpadł zostawić klucze do zmienionego zamka. W doskonałym nastroju powiadomił mnie, że mu komórkę odłączyli, ale wszystko gra, panele kupione, zamki pozostałe kupione, baterie itd. Wszystko ma i jutro rano jedzie układać! Ufff, kamień spadł mi z serca, aż sąsiedzi z dołu załomotali szczotką w podłogę, a długo wstrzymywany oddech wypuściłam, co zdecydowanie poprawiło moją kondycję fizyczną. Remontmistrz utrzymuje, że zdąży do końca tygodnia, a nawet, że jutro sam mi wyliczy ile stolarze powinni ode mnie wziąć za szafki kuchenne, bo lekko przegięli z wyceną (1600 za trzy szafki!!). Jutro w samo południe kontakt i będzie szafkarzom karki skręcał, żeby zrobili za mniejsze pieniądze i na czas. Jupiii!
  Z czystym sumieniem mogę jechać do Torunia, odetchnąć, pobalować i wygadać się za wsze czasy. Amen

Sen

1 komentarz

  Obudziłam się dziś z wyraźnym zaskoczeniem, spowodowanym treścią mojego snu. Ten ‘dział’ się w mojej szkole podstawowej, gdzie na czwartym piętrze (budynek ma tylko dwa dostępne i trzecie, na które wchodzi się jakoś na około) biesiadowałam wraz z moim ojcem, jakimś mężczyzną, którym byłam wyjątkowo zainteresowana i jeszcze kilkoma osobami. W pewnym momencie stwierdziłam, że mam ochotę na wódkę. Jako że byliśmy w szkole, to oficjalnie takich trunków nie mieliśmy. Musiałam więc pobiec po nią na (bliżej nie określony) dół. Wnosząc tę wódkę w buteleczce po szamponie (50ml), na pierwszym piętrze zauważyłam moją znienawidzoną polonistkę wchodzącą do sali. Była mężczyzną, księdzem i miała na ustach obrzydliwy, lubieżny uśmiech pedofila. Popędziłam na górę i więcej nie pamiętam, ale sen na pewno zaraz się skończył. Chętnie wysłucham opinii biegłego psychiatry ;)

***

Brak komentarzy

A kto umarł ten nie żyje, jak mawiał wielki poeta… eee… znaczy jak powiedział ktoś w Psach, już nie pamiętam kto. To by było na tyle dzisiaj.

VVV

Brak komentarzy

  Veni, vidi i na razie tak gdzieś vi… w kwestiach remontowych. Znaczy ustalone są już wszystkie szczegóły z najważniejszym remontmistrzem, stolarze jutro mają dzwonić z wyceną i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to w poniedziałek jeszcze cyklinowanie i możemy zacząć zwozić rzeczy. Czyli pełen sukces. Jeszcze tylko żeby TePsa się pospieszyła.
  Wieczorem Billy Elliot czyli film mądry, ciepły i poprawiający nastrój w sposób absolutnie nie tandetny. A w kwestii wczorajszych rozterek chyba zdecyduję się na opcje pierwszą czyli wyjazd.

  Z frontu pracowego: Prezes chyba specjalnie dziś nie przyjechał, żeby nie marnować pieniędzy na kwiatki z okazji dnia kobiet. Hehe.

  Z pracy wyszłam już dobrych kilka godzin temu. Rano prezes do mnie zagadał na temat absolutnie nie pracowy (chyba pierwszy raz mu się to zdarzyło!!). Co więcej: zjadłam zupełnie nieudany obiad, a kot jest nieznośny, nawet jak na swoje standardy. Te i inne rzeczy spowodowały, że postanowiłam się kompletnie nie przejmować i zająć moją głowę błahym na pozór problemem. A mianowicie: wczoraj pewna bliska znajoma zaprosiła mnie do siebie, do Torunia, na weekend. Ostatnio dużo więcej rozmawiamy i chyba obie na tym zyskujemy; zupełnie niezależnie od tego, że często się ze sobą nie zgadzamy. No i teraz mam problem. Jechać do niej (oderwanie od obecnej czasoprzestrzeni bardzo dobrze by mi zrobiło) czy szukać stołu?

    Dzisiejsza wersja teorii względności mówi, ze ‘jeden przystanek’ na granicach miasta, tudzież poza nimi, równa się co najmniej sześciu w centrum. Nie radzę więc nikomu robić remontu, kiedy nie dysponuje samochodem. Chociaż plusem sytuacji był spacer w piękny, słoneczny dzień. No i po raz pierwszy od naprawdę dawna spędziłam tyle czasu tylko z S.

   Norweski film z zeszłego roku. Opowieść w sumie może prosta, ale mnie zachwyciła. Chyba wiem dlaczego, chyba wiem co w nim odnalazłam. Z przyzwyczajenia chciałam żeby obejrzał go S. Ale nie przemyślałam tego. Właśnie skończyliśmy rozmawiać po obejrzeniu i czuje się jakbym dostała w twarz. Dla niego to film do obejrzenia we wtorek wieczorem w telewizji…
   Mam taki głupi zwyczaj, że dzielę się z najbliższymi tym, co wzbudza we mnie emocje. No właśnie. Przeżywamy teraz różne rzeczy zupełnie inaczej. Nie jesteśmy już najbliżsi?
   Ps. Wiem, że czytanie tak urywanych zdań jest męczące, ale po pierwsze póki co nikt tego nie czyta, a po drugie jestem tak wzburzona, że pisanie w jakikolwiek inny sposób byłoby niemożliwością.


  • RSS