Staram się coś zrobić z codziennością. Bycie w permanentnym dole nie przynosi żadnych korzyści, pora więc wziąć się w garść. Udało nam się z Małżem dotrzeć na świetną wystawę fotografii z Belfastu. Momentami jak u nas, tylko ta ustawiczna wojna, która skończyła się ledwo przed chwilą. Kilka świetnie opowiedzianych obrazem historii, kilka niesamowitych ujęć. A po powrocie porządki w domu. Bo choć nie ma bałaganu, to mieszkanie jednak zaczynało wyglądać na zapuszczone. Mam bowiem poczucie, że nie mam czasu na takie bzdury, ale jednak, na poprawę nastroju obejrzałam już cały drugi sezon Tudorów.
W ciągu bodaj dwóch tygodni. A skoro mogę znaleźć czas na to, to kilka minut z odkurzaczem też mi nie zaszkodzi. A gdybym tak podłączyła w końcu swoje nagłośnienie, to mogłabym go użyć, zamiast słuchać obrzydliwych dźwięków z telewizora.

Dodatkowo, od kilku dni staram się powyjaśniać różne zaniedbane, czy nieistniejące już sprawy międzyludzkie.
Przynajmniej będę wiedziała, czego się spodziewać.

Jutro piątek, ostatni dzień miesiąca. Ciekawe, czy mnie zwolnią?