Od dwóch tygodni jestem na chorobowym. Przyplątało się świństwo i do końca puścić nie chce. Postanowiłam więc wyjątkowo zostać w domu, póki całkiem nie wyzdrowieję. Zupełnie to nie w moim stylu, ale trzeba przecież pracować nad sobą i czasem też skutecznie się doleczyć.
Siedzę w domu, a że rano miał wpaść hydraulik i dokończyć to co zaczął, to jestem na nogach od dziewiątej. Niesamowite, ile można zrobić w domu, bez wychodzenia. Bo że nie leżę tylko w łóżku to chyba oczywiste?
Przystosowuję więc mieszkanie. Już nie wydaje się tak mało, szczególnie, odkąd znalazłam miejsce na niemal wszystkie swoje rzeczy. Zostało kilka solidnych, acz nieopanowanych stosów starych nowych fantastyk, komiksów i innych papierów. Na nie miejsca nie wyczaruję, więc podpierają regały, wypełnione książkami oczywiście. Na dole ustawiłam książki, do których nie sięgam zbyt często i jakoś funkcjonuję. Powbijałam wszystkie potrzebne gwoździe, powiesiłam wszystkie posiadane obrazki, zrobiłam porządki w szufladach z dokumentami i koniec końców, zabrałam się za sprawy uczelniane. Porządkowanie i organizowanie czasoprzestrzeni zawsze się sprawdza, kiedy w życiu szykują się zmiany.
Tak więc, choć pierwszy zjazd dopiero się skończył, napisałam już pierwszą pracę zaliczeniową, zaczęłam pracować nad pracą licencjacką, zastanawiać się nad ćwiczeniami na zaliczenie kolejnego przedmiotu. Wdrażam się w nowy rok akademicki. Dobrze mi było bez zajęć, więcej czasu. Ale, póki co, mam mnóstwo energii i pomysłów na tematy około studiowe. No i staram się wykorzystać ten nadspodziewany wolny czas.