wkra blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2008

Co w weekend robi kobieta pracująca na etacie? Pracuje ;)
Mam za sobą pomiary nowego mieszkania (nie zmieszczę dwóch ważnych rzeczy i jeszcze nie wymyśliłam, co z tym fantem zrobić), umawianie dezynsekcji (zsyp w bloku), 10 godzin w pracy (koordynacja koncertu), pierwsze podejście do zlecenia, które po zdobyciu wprawy i na normalnej sieci powinno mi zajmować jakieś 3h tygodniowo (dziś zajęło pół dnia), wymianę żarówki w lodówce (sądziłam, że wymienia się lodówkę wcześniej niż przepali się żarówka) oraz pracę fizyczną (nieco za późno odkryłam, że mąż zabrał ze sobą jedyny śrubokręt krzyżakowy). Na jutro zostało zgranie wolnego na przeprowadzkę, umówienie ekipy, która jej dokona oraz pana, który mi pomoże się zainstalować (rodzice słusznie zauważyli, że niekoniecznie samej mi się uda powiesić szafki na betonowej ścianie). Odpocząć nie odpoczęłam, ale przynajmniej mam poczucie dobrze spożytkowanego czasu. No i z tym większą radością pojadę na urlop. Jeszcze tylko trzy dni. A od wtorku mogę oficjalnie myśleć już niemal tylko o tym.

emocje

1 komentarz

Kto wymyślił uczucia? Po co mi odczuwać potrzebę bliskości i płakać, na myśl o tym, że nie mam się do kogo przytulić? Czy to z czasem przechodzi?

plany

Brak komentarzy

Jak niektórzy to robią, że mają wolny czas i się nudzą? Po pracy pojechałam spotkać się z ciotką, koło 20 wpadłam do domu nakarmić kota i wypadłam, na koncert. Jutro po pracy jadę spotkać się z S., który ma mi pokazać co i jak odnośnie zlecenia, które podłapałam. Potem spotkać się z właścicielką mieszkania, odebrać klucze, umówić dezynsekcję i pomierzyć. Muszę sprawdzić, czy wszystko się zmieści. W piątek ratunkowa kawa z siostrą (rozstała się z chłopakiem, a ja mam zostać współwłaścicielem jej firmy, ale mniejsza o to), w sobotę cały dzień w pracy. Pisałam już, że robić będę kolejny koncert? Tym razem cała organizacja na mojej głowie. W niedzielę będę pracować dodatkowo oraz, mam nadzieję, czytać w końcu materiały dotyczące projektu, o którym piszę i zapoznawać się z przewodnikiem po Wilnie. Wypadałoby wiedzieć o nim coś, zanim pojadę. Strasznie lubię mieć dużo na głowie, szczególnie, jeśli to są rzeczy „moje”, ale tym bardziej marzę o urlopie.

No więc, tego tam, chciałam powiedzieć, że chyba oficjalnie mogę ogłosić, iż zakończyłam upiorny okres pod tytułem poszukiwanie mieszkania. Przeprowadzka zaraz po urlopie, wcześniej będzie odmalowane na wybrane przeze mnie kolory. Zabiorą wszystkie sprzęty więc powinnam się zmieścić ze swoimi wszystkimi rzeczami. Widok mam na tramwaje, na Jana Pawła, ale skoro lubię urbanistykę miejską to dźwięki też powinnam zaakceptować. Jupi?
Jeszcze ciężko mi w to uwierzyć, stąd może entuzjazm nie przebija. Jest jednak i to mocno zaakcentowany w mojej głowie. Biorąc pod uwagę wszystkie dokonane przeze mnie kombinacje (nie przekręty)  finansowo – czasoprzestrzenne, powinnam mieć na codzień gdzie i za co żyć, co stanowi dodatkowy powód do radości. Ostatni, i w zasadzie najważniejszy, stanowi zbliżający się urlop, na który też mnie stać. Jutro rezerwuję noclegi w Wilnie, a w środę skoczę odebrać bilety na autokar, który nas tam dowiezie. Niepotwierdzone mam w zasadzie jedynie trzy noclegi, ale namiot w samochodzie będzie w razie czego odpowiedzią na wszelkie niepowodzenia. Będę miała pożyczony na cały wyjazd całkiem przyzwoity aparat, a przez jakiś czas dostęp do kilku dodatkowych obiektywów i zamierzam uczyć się pięknej sztuki fotografikowania ;) Będzie dobrze!

Staram się od jakiegoś czasu znaleźć mieszkanie do wynajęcia. Ja wiem, że chętnych jest wielu. Wiem, że ceny zakupu nieruchomości poszły drastycznie w górę już dawno, ale na Boga! Poza opłatą za mieszkanie, z pensji muszę jeszcze zapłacić rachunki i ewentualnie czasem coś zjeść! Nie mówię nawet o takich przyjemnościach jak kino czy książka. Znalezienie mieszkania w sensownej cenie graniczy z cudem. Ludzie mają podpisaną umowę po trzech kwadransach od zamieszczenia ogłoszenia w internecie! Nie wiem, poszukujący chyba czekają z włączonym silnikiem przy głównych ulicach i jadą na złamanie karku, jak tylko coś znajdą! Mam tego jednak pecha, że pracuję i na dodatek szukam mieszkania sama, więc mam ograniczone możliwości szukania i jeżdżenia. A zegar zaczął zdecydowanie mocniej tykać. Nicto. Z dobrych wiadomości nadal jadę na urlop i nadal kombinacje powodują, że powinnam zapłacić za niego bardzo niewiele. Trzymam się tej myśli.

Codziennie wykonuję x telefonów oraz piszę y maili w sprawie mieszkania, które bardzo chciałabym wynająć. Nie mam specjalnych wymagań, poza ograniczeniem finansowym, okazuje się jednak, że w zasadzie, nie mam z kim i o czym rozmawiać. To raz.
Dwa – noga tak okropnie mnie boli, że kilka razy dziennie rozważam amputację. Byłoby to może mało praktyczne, ale momentami brzmi sensownie.
Po trzecie, stałam się atwórcza w pracy i nie mam siły by zabrać się za tworzenie nowego. A potem będzie urlop, a potem, będzie już za późno. Może katastroficzne myślenie mnie zmotywuje.
Czwarte, duch sportowca mnie opuścił, nawiedził zaś zdecydowanie depresyjny głód. Coś muszę z tym zrobić.
Piąte i ostatnie, a zarazem jedyne pozytywne ostatnio jest to, że krystalizuje mi się urlop. Już mam zarezerwowane noclegi w połowie miejsc (to wcale nie takie proste, bo w sumie będę w sześciu różnych zdaje się) i wiem jak dojechać do Wilna.

Myślałam nad rozpoczęciem cyklu o tytule jak wyżej. Cykle jednak mają to do siebie, że za zwyczaj składają się (przynajmniej docelowo) z więcej niż jednego elementu, na to się jednak nie zanosi. Tak czy siak, poszłam dziś na kolację z prof. Bartoszewskim. No dobrze, nie tylko z nim, było tam jeszcze ze sto osób, ale siedziałam przy stoliku obok i zamieniłam z nim nawet kilka słów. Jak dla mnie to wow. A teraz udam się na spoczynek. O weekendzie może innym razem.

Taki urlop w czwartek. Do środy się nie przepracowałam jakoś specjalnie, potem jeden luźny dzień, który pozwolił mi dziś przyjść w pełni sił. Napisałam, zgodnie z osobiście nałożonym na siebie deadlinem, sprawozdanie i zrobiłam całą masę innych, ważnych rzeczy, by ze spokojnym sumieniem wyjść i ogłosić weekend. Piękne.
Wróciłam do domu przemoczona definitywnie, moje ukochane japonki chyba właśnie dogorywają. Na szczęście z cukru nie jestem. Prysznic, zmiana stroju i za chwilę się zbieram. Idę ze znajomymi z pracy na koncert jednej z kapel, które nam grały w sobotę. Piwko i tawerniany wystrój. Ahoj!

Dobre. Zawiozłam w końcu samochód do mechanika. Wyszłam wczoraj wcześniej z pracy, a dziś w ogóle mam wolne. Przyjechał znajomy, a wczoraj zaliczyłam dwie bardzo przyjemne kawy z przyjaciółkami. Problemy i faceci, czyli na jedno wychodzi ;)
Piękna pogoda, chłodno i w końcu nie duszno. I totalny brak planów, dzień spędzę, jak wyjdzie. Za to plany urlopowe coraz bardziej sprecyzowane.
Złe. Mechanik zadzwonił i powiedział co jest do zrobienia i ile to będzie kosztowało. Sprzedałabym grata, ale teraz nikt nie kupi, a jak już go zrobię, to nie będzie się opłacało. To nie skarbonka, to dobijacz portfela. Całe szczęście, że mój ojciec jest gotów pożyczyć.

Jak widać, dobre górują, szczególnie, że złe jedynie w warstwie materialnej.

Miałam wieczorem iść z mamą na koncert. Ale, że jej się nie chciało, to postanowiłam iść na inny, w ramach WSJD. Pojechałam i na miejscu usłyszałam, że został odwołany. Jako iż sygnał telewizyjny nie odciera do mojego odbiornika, postanowiłam podskoczyć do mamy i razem z nią obejrzeć transmisję koncertu finałowego Festiwalu Żydowskiego w Krakowie. Nie wzięłam jednak pod uwagę, że to będzie ciutki za późno. Na koniec, kiedy już byłam, co najmniej, zrezygnowana, przypomniałam sobie, że miałam dziś, wraz z mężem, doprowadzać stare mieszkanie do porządku, czyt. wywalać niepotrzebne graty. Mąż pamiętał, ale uznał, że skoro ja nie zadeklarowałam godziny spotkania, to znaczy, że nie mam ochoty tego robić i mi nie przypomniał.
Ogłaszam więc, wszem i wobec, że dzisiejszy, jakże przyjemnie rozpoczęty dzień, uznaję za nieudany jednak. Żeby nie powiedzieć dosadniej.


  • RSS