wkra blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2008

Przejrzałam fora internetowe w temacie operatora, a następnie sprzętu i pojechałam do sklepu. Oczywiście, wybranego przeze mnie modemu nie było, a dokument wbrew zapewnieniom, okazał się niewystarczający. Na dodatek system im padł i nie mogli aktywować usługi, ani wydrukować faktury… Nie wnikając w szczegóły jednak wieczorem podłączyłam, zainstalowałam i sprawdziłam, że działa. Odcięcie od świata więc mi nie grozi, a w nowym miejscu, jak już je będę miała, będę miała sieć tak czy siak.
Obiad w towarzystwie brata, u bodaj najlepszego warszawskiego turka – polecam. Efes, Al. Niepodległości przy Odyńca. Rewelacyjny lawasz, pyszna baranina i tylko ajran jakiś mało doprawiony. A teraz oczywiście mecz.
Tylko czemu ten weekend tak szybko zleciał?

Od mniej więcej trzech miesięcy jestem pioruńską egoistką. Pierwszy raz w życiu rzeczywiście bardziej interesuje mnie to, żebym to ja się dobrze czuła, żeby to moje potrzeby były spełnione itd.
Po pierwsze jednak, nie czuję się z tym komfortowo (ale przypominam sobie słowa kilku osób, które twierdzą, że to jednak czasem jest ok), po drugie, okazuje się, że to wcale nie takie proste. Zapycham czas, szukam nowych pasji, uciekam do ludzi, ale w zasadzie codziennie się potykam. Widać, że nigdy nie mieszkałam sama, że, w zasadzie, nigdy nie byłam sama. A teraz jestem. Świadomie się tego podjęłam i staram się wyciągać wnioski, ale stare odruchy pozostają.

Wracałam z filmu w nastroju dość wisielczym. Przemogłam się jednak, wysiliłam fizycznie i przypomniałam, że uwalniają się przy tym endorfiny czy co tam. W każdym razie nastrój poprawił mi się znacznie. Po raz pierwszy od dawna ugotowałam coś tylko dla siebie, a na deser obejrzałam „Rezerwat”. Nie oglądam zbyt często polskiego kina, ale to jest zdecydowanie najlepszy rodzimy film, jaki widziałam od dawna. Bez głupiego poczucia humoru, bez nadmiernej depresji. Zagrany rewelacyjnie, zilustrowany świetnie. Piosenka o kwiatach powala, a zdjęcia Hanki same z siebie są świetne. Wisienką na deserze zaś jest chyba początek rozplątywania relacji z Przyjaciółką. Oby.

Ciekawe. Rower brata od pół roku stał w domu pogięty, a od kiedy go naprawiłam, brat zapałał gigantyczną potrzebą jeżdżenia. Trudno, niech cierpi. A czasem mu może pożyczę ;>
Przez chwilę myślałam dziś, że z jazdy nici – burza z piorunami i wiatrem rzucającym drzewami. Na szczęście skończyła się szybko, a wiatr się uspokoił. Pojechałam więc sobie na kolację do rodzicielki, rowerem właśnie. Rozkoszne, że tak można. Podjazd pod górkę, był dla mnie pierwszym testem. Zdanym na szczęście. Bardzo poważnie zastanawiam się czy nie pojechać jutro do pracy rowerem. W ramach festiwalu będzie „Gabinet doktora Caligari” z taperem grającym ponoć świetnie, na żywo, a to w końcu tylko 10 km. Fakt, po ulicach i to dość dużych, ale w weekend ruch nie powinien być zbyt wielki.

Pierwszy raz od dzieciństwa mam własny (a przynajmniej do własnego użytku) rower. Miałam zamiar przejechać się tylko po parku, bo pierwszy raz od dawna, bo tyłek będzie bolał i takie tam. Ale trafiłam na ścieżkę rowerową, która prowadziła nad Wisłę i tak… dojechałam aż do Cytadeli. Nawet nie wiedziałam, że to taka fajna trasa!
Oczywiście, nie byłabym sobą gdybym się nie wywaliła. Inauguracja w końcu musi być. Nie do końca z mojej winy, musiałam zjechać na trawę, zepchnięta przez dwóch dresów… Tak czy siak. Na twarzy prawie nic nie widać, na rękach trochę, a do nogi przykładam lód. Nie zmienia to faktu, że przejechałam jakieś 10 km i miałam dziką frajdę. Jutro jadę znowu, mam nadzieję, że zanim zacznę odczuwać zakwasy ;-)

powiedzmy

Brak komentarzy

Czasami głowa boli mnie tak potwornie, że jest mi nie dobrze, że nie jestem w stanie skupić myśli, a każdy dźwięk boli. Nie polecam. Z dobrych rzeczy – chyba z moim sercem wszystko wporządku (mówię o aspekcie medycznym, nie psychologicznym) oraz z pewnością odebrałam z serwisu rower. Przejechałam pierwszy kawałeczek i było bardzo miło. Wszystko wskazuje na to, że żaden wyjazd mi się w ten weekend nie uda więc będę miała czas sprawdzić dwa kółka jakoś intensywniej.

tia

Brak komentarzy

Postanowiłam ostatnio wziąć się za siebie. Umówiłam się z bratem, że naprawię jego rower (po ostatnim wypadku koło w ósemkę) i pożyczę go na czas dłuższy w celu użytkowania. Czasu mi się trochę wolnego zrobiło, aktywności potrzebuję, a to w końcu dodatkowo środek lokomocji. Zapakowałam go więc do samochodu i wyruszyłam do serwisu. Nie zajechałam jednak daleko.
Rower jutro ma być zrobiony, naprawa samochodu potrwa pewnie trochę dłużej i z pewnością będzie kosztowniejsza. Pozostawię to jednak bez komentarza. Szkoda mi tylko strasznie, bo miałam nadzieję, że kupię aparat, ciągnie mnie do zdjęć od jakiegoś czasu.

Poza tym niewiele. Nastroje marne, plany wyjazdowe, tyle że utknęłam na etapie czekania na odpowiedź. Nie wiem czy będę miała nocleg. No i dziś pojawiła się nowa opcja. Jak nie Gdańsk to Kraków i koncert w ramach Festiwalu Żydowskiego. Też nie mam noclegu.

Zastanawiałam się czy jestem od czegoś uzależniona. OD słodyczy czasem, od owoców zawsze, ale to takie oczywiste. Przede wszystkim jednak jestem uzależniona od ludzi. By dobrze się czuć muszę przebywać w towarzystwie. Spotykać się z ludźmi, mówić, słuchać, przebywać, przeżywać.

takie tam

Brak komentarzy

Sinusoida nastrojów, zazwyczaj dolna granica jest wieczorem, kiedy siedzę sama w domu. Ale to tak tylko.
Podpisałam umowę na czas nieokreślony, dostałam (niewielką bo niewielką, ale) podwyżkę, znów jestem na bierząco ze wszystkim i zaczynam wdrażać jakieś pomysły. Tu będę prowadzić wernisaż, tam koncert. Wczoraj zrobiłam w końcu zlecenie, za które nie mogłam się wziąć od półtora miesiąca, jeszcze tylko końcówka na dziś mi została. No i z mężem zaczynają układać się stosunki, coś w stylu zalążka przyjaźni na nowo. Ciekawe, że coś się musi zawalić, żebyśmy zaczęli doceniać drobiazgi. Myślę nad kupnem dość porządnego aparatu, myślę nad urlopem, szukam mieszkania (to akurat niestety nieskutecznie). Czas zmian trwa.

Mam wrażenie, że się dezintegruję. Ja, zawsze taka dobrze zorganizowana, przestaję panować nad codziennością. Nagle okazuje się, że coś wymyka mi się z rąk, jak kurs angielskiego, którego nie dałam rady skończyć. Jak zlecenie, które wisi nade mną od półtora miesiąca, a ja nie mam siły nad nim usiąść. Coraz częściej myślę o wyjeździe, jakimkolwiek, byle odpocząć. Oczywiście dzieje się też wiele dobrego, nad różnymi rzeczami w sobie pracuję i widzę efekty. Myślałam jednak, że to wszystko będzie prostsze. Że jestem twardsza.

Ja wiem, że nie chwali się dnia, przed zachodem słońca. Po cichutku jednak powiem, że przeżyłam. Rano miałam wątpliwości, ale jednak się udało. Bratu gorączka spadła (stałe 38,5 stopnia), w pracy mimo różnych przeszkód, udało się pozałatwiać i pchnąć kupę rzeczy do przodu. Kosztem jednej awantury, ale było warto i postawiłam na swoim. Ostatni niepewny przedmiot na uczelni zaliczyłam, jutrzejsze wpisy oraz zajęcia to czysta formalność.
Tak więc, pomału i szeptem mogę już chyba powiedzieć, że piątek trzynastego był cudownym zwieńczeniem koszmarnego tygodnia. Jadę w związku z tym sprawdzić pierwszą letnią przecenę w poszukiwaniu spodni, a następnie na noc do znajomej. Będzie po babsku.


  • RSS