wkra blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2008

2/3

Brak komentarzy

Przede mną drugi z trzech sesyjnych weekendów. W zasadzie jednak ostatni, bo następnym razem będę musiała jedynie złożyć pracę zaliczeniową z filmu. Na wczoraj wysłany projekt odpowiedź brzmiała: „z pewnością nie popsuła sobie Pani średniej tym projektem – moja ocena: 5,0 „. Mała duma ;)
A teraz siedzę i uczę się do egzaminu. Pod powiekami piasek więc pewnie długo już nie dam rady, ale w miarę już umiem. Wybrałam też limeryki na zaliczenie. Bardzo jestem ciekawa miny mojej prowadzącej, kiedy usłyszy:

Pewien zoolog z Jeny
Lubił pierdolić hieny.
Lecz narzekał: „Psiamać,
Ach, przestańcie się śmiać,
Bo dostaję od tego migreny”.

(Maciej Słomczyński)

Obudziłam się z zapaleniem spojówki. Nigdy jeszcze nie miałam, super uczucie. ;/ Cały dzień siedziałam w ciemnych okularach, bo słońce bolało. Taka jednak widać Karma.
Na szczęście, w pracy ciąg dalszy ogarniania się. Nadrabianie gnijącej sprawy bardzo zaawansowane, jutro powinnam skończyć. Papierologia również w toku i na bieżąco, co cieszy. Nawet uczelniane pisanie mi dziś poszło. Wczoraj mimo szczerych chęci, nic nie mogłam wymyślić. Siedziałam przy komputerze i gapiłam się na pusty dokument. Dziś na szczęście pomysł sam przyszedł i pisanie poszło jak z płatka. Mam tylko nadzieję, że moja kreatywność zostanie odpowiednio doceniona. Teraz rozpiera mnie duma, że idę do przodu i nawet chyba rzeczywiście zabiorę się za naukę do egzaminu. Dużo czasu nie zostało. Szczególnie, że sobota cała na zajęciach, a po nich do pracy. Nie narzekam jednak. Przepracuję jakieś 4 godziny, a odebrać będę mogła cały wolny dzień. Już ja wymyślę, jak to wykorzystać. ;>

Udało mi się też porozmawiać z przyjacielem z Gdańska, u którego mieszkałam w trakcie urlopu. Wyciągnął ze mnie wszystko ze szczegółami, podocinał odpowiednio, rzucił kilka aluzji, a w zamian usłyszał wyznanie miłości. Bo ja go na prawdę kocham. Rozmowa z żadnym innym facetem nie robi mi tak dobrze. Kocham też jego Kobietę, za to, że nie ma pretensji ;) . Na koniec dostałam też kolejne zaproszenie na lipiec. Tym razem na spędzenie urlopu w jego uroczym towarzystwie. Chyba nie mogę nie skorzystać!

Kiedyś było tak, że wiele wieczorów spędzałam na radosnych (lub nie) rozmowach z przyjaciółmi. A że większość z nich mieszka daleko, odbywały się one za pomocą głównie gadu gadu. Jakiś czas temu rozpoczęłam powrót do tej tradycji. Odezwał się ostatnio dawny przyjaciel. Kiedyś się pokomplikowało i skończyło, to jednak motyw, który się przez naszą znajomość przewijał zawsze. Dwa lata bez jakiegokolwiek kontaktu, a po minucie już wydawało się, że tego czasu nie było. Po pierwsze mam nadzieję, że odzyskamy dawny kontakt, po drugie strasznie miło nam się rozmawiało.

Od jakiegoś czasu w pracy robiłam tylko najprostsze rzeczy. Kompletnie nie mogłam się zabrać za nic wymagającego, niezałatwiona sprawa zaczęła urastać do rangi problemu, a ja głównie udawałam, że coś robię.
Dziś jednak dowiedziałam się, że mam w wakacje zorganizować dwie imprezy na tysiąc osób i jakoś to mną wstrząsnęło. Niby jak, skoro nie radzę sobie ze swoimi normalnymi obowiązkami?! Zaczęło to do mnie docierać i na szczęście zmotywowało. Fakt, spędziłam w pracy 11 godzin, ale udało mi się ruszyć zaległości bardzo mocno, zrobić wszystkie bieżące sprawy i poczuć, że znów jestem tym człowiekiem na właściwym miejscu. Potem jeszcze udzieliłam korepetycji, odkrywając przypadkowo, że całkiem nieźle rozumiem materiał, którego, myślałam, że nie umiem. I jakoś mnie to wszystko podbudowało. Pozwoliło się pozbierać, przynajmniej w pewnych kwestiach.

Zaraz siadam do pisania pracy. Rozpisałam na kartce, co mnie jeszcze w tej sesji czeka, zrobiłam listę zakupów i zadań na jutro. I mam plan, żeby nie dać się rozmemłaniu. 

Wróciłam z urlopu. W mieszkaniu niemal nie ma już śladu, że mieszkał w nim mąż. Dostałam też wniosek rozwodowy do weryfikacji. Wszystko wskazuje na to, że ostatecznie się rozstajemy. Taki prywatny koniec świata. Choćbym jednak nie wiem jak chciała, nie czuję by coś się zmieniło na tyle, żeby była szansa na inne rozwiązanie. Opuszczam się w pracy, opuszczam na studiach, mało sypiam, mało jem. Nie sądziłam, że decydowanie bywa tak trudne.

Miasto przywitało mnie bardzo ładną pogodą, wbrew wszelkim oglądanym przeze mnie prognozom. Jest dość ciepło i niemal cały czas świeci słońce. Ja staram się realizować plan bezstresowej nauki. Póki co, głównie zajmuję się tą bezstresowością właśnie. Dodatkowo oczywiście syndrom sesji, czyli sprzątanie. Jestem nie u siebie więc posprzątałam w swoim laptopie ;)
Coś jednak zrobiłam, terminu nie zawaliłam, więc jest ok. Zaraz się zabiorę za pierwsze czytanie opracowania do egzaminu.
Jak cudownie jest tak sobie poleżeć i pomyśleć przy muzyce. Bez myślenia, że czas goni, że coś muszę zrobić. Dawno zapomniane uczucie, ale warte pielęgnowania.

Przedwczorajsze wino z siostrą pokazało mi, jak bardzo jestem zmęczona. Po trzech kieliszkach spokojnie wypitego czerwonego wytrawnego, nadawałam się tylko do powrotu do domu. Stopień wymięcia przekroczył wszelkie dopuszczalne normy.
Ma to pewnie związek z ilością snu. Ciężko bowiem odespać, kiedy w łóżku spędza się ledwo po 5 godzin. Nawet wczoraj, bo oczywiście miałam tyle rzeczy do zrobienia.
Przede wszystkim jednak, ciężki, krótki tydzień w pracy. Z ginącymi dokumentacjami i pierwszym spotkaniem autorskim, które poprzedził ulewny deszcz, zniechęcający ludzi do przyjścia. Więcej o tym ani słowa, bo miałam nie myśleć o pracy. Dobrze mi to zrobi.

Walizka zapięta, pozostało jedynie zapakować komputer, podjechać po aparat (w końcu pożyczam od męża) i pójść na kawę z dawno niewidzianą Przyjaciółką. Po powrocie powinnam mieć już stopniowo nieco więcej czasu na życie poza obowiązkami, a od 20 czerwca to już w ogóle. Marzą mi się wyjazdy za miasto i brak pośpiechu. Marzy mi się, ustalenie, na czym stoimy i co dalej.  

Chciałam tylko powiedzieć, że choć może nieskromna, to jednak zdolna ze mnie bestia! Dostałam z egzaminu 4,5! Jestem przeszczęśliwa! No i przede wszystkim, mimo trudności, nadal mogę starać się pozaliczać wszystko tak dobrze, żeby dostać stypendium. Jupi!
A z innej beczki, to po raz pierwszy od dawna byłam w kinie. Z kat z resztą. Której jestem ogromnie wdzięczna za aparat. Wszystko się układa odnośnie wyjazdu. Co więcej, jadę w czwartek, wracam w poniedziałek późno! Ale wracając do meritum, wybrałyśmy Sierociniec, bo dobrze o nim słyszałyśmy. Tylko ja nie słyszałam jaki to rodzaj filmu. No i się okazało, że horror. A ja takowych nie oglądam. No i pół filmu spędziłam z zamkniętymi oczami, zastanawiając się jak zatkać uszy. Całe szczęście, że to film hiszpański, przynajmniej za zwyczaj nie rozumiałam słów ;)
Niezależnie od filmu, spędziłam strasznie miło czas. I choć zmarznięta, to jednak wracałam uśmiechnięta. I co? Zaczął mnie podrywać jakiś niezwykle przystojny Nigeryjczyk. Oczywiście nie dałam się zaprosić na kawę ani nic w tym stylu, ale to jednak miłe było. Swoją drogą ciekawe czemu, bo dziś, z powodu zaspania solidnego, wyglądam dość hm, zwyczajnie. Mam wrażenie, że to chodzi o uśmiechanie się do samej siebie.

Wykonanie zadania. Nie wiem jakim cudem, ale napisałam chyba wszystko na dwa i większość na trzecie pytanie. Spodziewam się oceny między 4, a więcej. A to oznacza, że nadal mogę mieć stypendium. Szczególnie, że przed nami długi weekend. Zdzwoniłam się właśnie z moim gdańskim przyjacielem i umówiłam, że biorę od niego klucze do mieszkania. Jeszcze tylko pytanie czy jechać samochodem czy pociągiem oraz czy wziąć kogoś ze sobą, a jeśli tak, to kogo.
Plan w każdym razie mam taki, że pojadę i dwa pierwsze dni poświęcę na naukę, pisanie pracy i przygotowanie się do zaliczeń z wierszy, a potem włączę autonogi i połażę, pospotykam się z ludźmi. Jeszcze muszę od kogoś pożyczyć aparat, żeby i pod tym względem skorzystać. Straszliwie się cieszę.

A taką kiedyś byłam przykładną studentką. Naukę do każdego egzaminu rozkładałam na co najmniej tydzień, prace zaliczeniowe oddawałam przed terminem… Teraz jednak totalny brak czasu, „zawirowania” w życiu prywatnym i próba utrzymania się na jakimś poziomie psychicznym spowodowały, że nauka spadła nieco z piedestału. Dlatego też prace zaliczeniowe pisałam na dwie noce przed terminem, a przedostatnią noc spędziłam na tworzeniu rozdziału pracy licencjackiej. Od dwóch tygodni sypiałam średnio po 5 godzin, ostatnie kilka nocy mniej.
Dziś np. spałam dwie. Wstałam, jest piękna pogoda, mam doskonały humor (tak, mogło mi się po prostu rzucić na głowę to zmęczenie), żółte ubrania i umówiony spacer na odstresowanie. Bo egzamin po południu. I jestem niemal pewna, że będzie ok.
No i dużo muzyki w moim życiu ostatnio.


  • RSS