wkra blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2008

Integracja była, i jak zwykle miała plusy i minusy. Tych, których wcześniej lubiłam, polubiłam bardziej i lepiej poznałam, pozostałych niekoniecznie. Stałam się obiektem jednego ataku słownego, jako okoliczność szkolenia z komunikacji interpersonalnej. Z plusów jeszcze poćwiczyłam granie w darty i drugi raz w życiu grałam w bilarda. Pod koniec szło mi niemal nieźle.
Przede wszystkim jednak oderwałam się od codzienności, wyluzowałam, wybawiłam, nawet wzięłam niewielki udział w karaoke! No i niewiele spałam. Powrót w sobotę o 11, tak szybko jak się dało pojechałam na zajęcia. Poprzedniej nocy spałam bite 8 godzin, ale i tak zaczęłam się czuć jakkolwiek dopiero po południu. Jednak było warto.

Dzięki nowej pracy mam cel w życiu. Dzieje się dużo, daje mi do myślenia i powoduje, że zdecydowanie częściej jestem zadowolona z siebie i świata, a uśmiech godzinami nie schodzi mi z ust, bez wysiłku. Co więcej, pierwszy raz w życiu weszłam w nową grupę absolutnie bezproblemowo. Zaczęłam wprowadzać w życie mnóstwo pomysłów, dodatkowo różnego typu wyjścia, warsztaty, czy seminaria. W domu niemal mnie nie ma, ale inna sprawa, że niespecjalnie mi to przeszkadza.

Wczoraj, po bodaj trzech tygodniach, udało mi się w końcu spotkać z Kat. Uh, jak mi było trzeba takiej posiadówy! Przez ten czas nie miałam w zasadzie na nic czasu, a co za tym idzie, nieczęsto otwierałam usta do kogoś spoza pracy.
Inna sprawa, że w moim życiu obecnie właśnie warstwa zawodowa przynosi mi najwięcej satysfakcji. I w sumie nie boli mnie wcale ilość czasu jej poświęcanego. Bodaj pierwszy raz w życiu. Kiedy widzi się efekty, przyjemnie jest inwestować. A tu, w poniedziałek idę na warsztaty międzykulturowe (mam nadzieję, bo potwierdzenia jeszcze nie dostałam od organizatora), we wtorek do Węgrów na wykład, a w maju jadę na tydzień do Krakowa i Oświęcimia na seminarium polsko-ukraińsko-niemieckie. Czego tu żałować? A dziś koło południa całą firmą wsiadamy w auta i jedziemy się integrować na dwa dni.

Wracając do wczoraj. Po skończonej kawie poszłam do samochodu. Zabrałam się do odśnieżania i kątem oka widziałam, że jakiś samochód koło mnie przejeżdża powoli raz, drugi, w końcu zatrzymuje się i otwiera się okno, a kierowca pyta, „przepraszam, Zosia?” ;-) Mam takiego kolegę z liceum, którego raz na rok, zwykle wiosną, spotykam na ulicy. Jest jedyną znaną mi osobą, która poznaje mnie zawsze, niezależnie od zmian w moim wyglądzie, nieoczywistości miejsca czy okoliczności. I to był właśnie Tomek. Wymieniliśmy się namiarami, pogratulowałam mu Gabrysi i o dziwo, po powrocie do domu, napisałam maila. Kurcze, tyle lat minęło, wypadałoby w końcu usiąść na jakiejś kawie! 

O pracy. Usłyszałam wczoraj, że wpisałam się w koloryt lokalny, jak mało kto. Koleżanka niemal się ze mną pokłóciła, twierdząc, że na pewno znam kogoś, kto odszedł z pracy półtora miesiąca temu. I zdecydowanie nie chciała uwierzyć, że ja i owszem półtora, ale tygodnia temu zaczęłam pracę. Mój już niedługo nie jedyny instruktor, co jakiś czas powtarza, że musi się przyzwyczaić do zmian, kiedy zaskakuję go kolejną fajną rzeczą. Niemal pewne już jest, że jedne warsztaty poprowadzi Adam Wiedemann, a jako jednego z pierwszych gości chcę ściągnąć Jacka Dehnela. Mam też już pierwsze osoby chętne, mimo że akcja informacyjna jeszcze oficjalnie się nie zaczęła. I może brzmi to jak samozachwyt, ale to najzwyklejsze i najprawdziwsze zadowolenie z pracy. Które trwa, mimo pierwszych kontaktów z biurokracją.

Nie o pracy. Wyjeżdżamy jutro, bladym świtem. Z mężem i szwagrem. A wrócimy w poniedziałek w ciągu dnia. W międzyczasie planuję posiedzieć nad zaniedbywanym nieco angielskim i zrobić korektę oraz przede wszystkim redakcję jednego tomiku wierszy, który leży i czeka. Dzieje się, a ja to lubię. Tylko płaszcza wiosennego nadal nie mam.
Inna sprawa, że niespecjalna strata. Ten, co na Górze steruje pogodą ma sklerozę. Pamiętał, że na święta ma być śnieg i tylko nie był pewien, na które. 

Nie byłam pewna czy to powiem, ale… bardzo lubię swoją pracę! Mimo ogromnego zmęczenia, zostawania po godzinach i pracowania w sobotę. Mimo czekającej mnie biurokracji i problemów z zaschniętymi umysłowo ludźmi. Po prostu mam frajdę. Kiedy widzę minę jedynego „mojego” instruktora, który zauważa, że można, kiedy robię burzę mózgów w celu wymyślenia, kogo sciągnąć jako prowadzącego warsztaty. Kiedy widzę pierwsze małe efekty swojej pracy. 
Ze spokojem zaczynamy planować wakacje; wiemy, że w tym roku pojedziemy! Udało nam się spłacić długi, mamy popłacone rachunki, a ja kupiłam za mały, jednak, płaszcz. Tak więc w tygodniu kolejna tura poszukiwań i pierwszy chyba w mojej karierze zwrot. Krótki tydzień pracy, który skończy się świętami i następny, jeszcze krótszy, z wyjazdem integracyjnym. I tylko trochę śmieję się z siebie.

Brak komentarzy

Żyję. Tylko jestem nieco zmęczona. Pracę zaczęłam w poniedziałek i jak zwykle, nie mam czasu na powolne wdrażanie. Postawiłam sobie ambitne cele i dałam krótkie teminy. Pozostaje je tylko zrealizować. Więc idę pościelić sobie łóżko. Pobudka o 5:30.

Telefonu potwierdzającego oficjalnie chęć zatrudnienia mojej osoby póki co się nie doczekałam. Koleżanka jednak zauważyła, że zostałam wpisana na pracowniczą listę obecności na marzec. Śmieszny sposób na dowiadywanie się o stanowisku firmy, ale jednak wystarczająco pewny. Nie żebym miała wcześniej jakieś obawy.

Za oknem nagle zrobiła się zima, mąż się rozchorował, a ja ostatni wolny dzień (piątek) spędzę w klimatach nowotworowych. Upamiętnienie jednej śmierci i spotkanie z jedną nadchodzącą.

Jednak nie będę kosić kasy w najbliższym czasie. Jesteśmy umówieni, że za jakieś trzy miesiące, jeśli wygrają konkursy w dużych firmach, zadzwonią do mnie z ponowną propozycją pracy. Wtedy byłaby to już praca głównie kreatywna, organizacyjna, na zewnątrz, czyli bardziej w moim stylu. Póki co, w poniedziałek idę na spotkanie z dyrekcją potwierdzające propozycję. Ostatecznie też dowiem się ile będę zarabiała, bo to niestety według tabelki. Będę miała mnóstwo pracy i okazję do wdrażania pomysłów. I pierwsze tak samodzielne stanowisko. Gdyby jeszcze kasa była wyższa to byłabym absolutnie zachwycona.

Tak więc to ostatni na prawdę wolny weekend. Dziś już zdążyłam zrobić zakupy na jutrzejsze sushi, zagrać w dawno nieużywaną grę, a wieczorem idę na urodziny koleżanki. Siódme, jeśli by mocno trzymać się kalendarza. Jutro spotkanie z ciotką z Włoch i mam nadzieję, przyjaciółką.
We wtorek zaczynam angielski, pracę chwilę później, a w najbliższy weekend mam zajęcia. Po ponad półrocznej przerwie pewnie ciężko będzie się przyzwyczaić do takiej intensyfikacji i braku czasu. Jakoś jednak mnie to nie martwi.


  • RSS