Pierwszy raz usłyszałam na rozmowie w sprawie pracy, że proponowane stanowisko może być poniżej moich kwalifikacji i mogłabym się znudzić. Na szczęście propozycja została na prędce przekonwertowana na taką, która wątpliwości nie budzi. Firma interesująca, rozwijająca się z potencjałem. Praca po części powtarzalna i wymagająca uporządkowania, a po części kreatywna i wymagająca refleksu i zaangażowania. Miałabym 1-2 miesiące na wgryzienie się w firmę, dział i politykę, w czasie których prowadziłabym projekty już funkcjonujące, a potem dostałabym nowe i bardziej wymagające działania na zewnątrz. Do tego godziwe warunki finansowe, pakiet socjalny, obiady przywożone na zamówienie itd. Brzmi zachęcająco, no i byłoby to dla mnie wyzwanie, bo jednak zupełnie nowa branża.  I oczywiście mam wybór między kasą, a ideą, choć z mniejszą amplitudą pomiędzy.

PR director ma jeszcze jedno spotkanie dziś. Umówione jesteśmy, że jutro rano da mi znać, czy stawia na mnie czy na tę drugą osobę (reszta już odpadła) i wtedy będę podejmować decyzję. Jeśli ona będzie na tak to czeka mnie jeszcze spotkanie z dyrektorem firmy, ale w zasadzie i tak ona ma decydujący głos. No i praca niemal od zaraz. Angielski nie będzie kolidował, bo od razu zapowiedziałam, że dwa razy w tygodniu przyjeżdżałabym i wyjeżdżała później z założenia. Brzmi interesująco.

Zaraz zawiozę kota do weterynarza, potem kawa w celach naukowych, a wieczorem idziemy na Hrabich. Tak, ten tydzień zdecydowanie mi się podoba!