wkra blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2007

wigilia?

Brak komentarzy

Nie była to najlepsza wigilia mojego życia, w ogóle nie jestem pewna, czy była to wigilia, ale od początku. Wstałam rano żeby upiec ciasto. Postępowałam zgodnie z przepisem, solidnie nasmarowałam formę i generalnie wszystko wyszło super. Znaczy, no właśnie, wyszło. Z formy nie wyszło, a dokładniej nie wyszło wszystko. Generalnie babka w połowie wysokości się urwała, więc w smaku była super, cytrynowa i wilgotna, ale wygląd miała mało reprezentacyjny.
Potem pojechałam na spacer z Przyjaciółą i jej Maleństwem, gdzie odkryłam, że brak rajstop i niskie jesienne buty to jednak niezbyt mądry pomysł. Poza tym ponarzekałyśmy, że jakieś te święta nie takie (poruszyłyśmy również kilka innych tematów, żeby nie było) i rozeszłyśmy się, uprzednio zwyczajem sprzed nastu lat, odprowadzając się na wzajem.
Kiedy dotarłam do mamy, dowiedziałam się, że mam do zrobienia jeszcze kupę rzeczy, w tym upieczenie piernika (trzecie pieczenie tych świąt, ale nadal cukiernikiem nie zostałam) i zapakowanie prezentów w imieniu rodzicieli. W tym swojego własnego, uwierzcie, ciężko nie patrzeć na prezent, jeśli trzeba go opakować. Ale udało się.
Dalej było już tylko kursowanie, do dziadków, mini wigilia u nich, po męża, do rodziców i w biegu otwieranie kilku prezentów, bo brat pędził do pracy. Drugi brat dotarł spóźniony godzinę w stosunku do półgodzinnego spóźnienia planowego, więc baaardzo powoli jedliśmy ryby. Nadmienię jedynie, że ryb na zimno ja nie jadam w ogóle, a takie właśnie były na stole. Kiedy już brat z dziewczyną dotarli z kolei przyspieszyliśmy, bo oni nie byli głodni, ale chcieli zobaczyć prezenty.
Generalnie, jak za zwyczaj przedświąteczny pośpiech kończył się w momencie rozpoczęcia wigilii, tak teraz trwa, w zasadzie nadal i skończy się pewnie jutro, jak dojedziemy do Żywca. Teraz jeszcze się pakujemy, zastanawiając się, co w ogóle brać, potem szybko spać (znaczy Mąż, który zasypia średnio 3 sekundy, bo ja to niekoniecznie) i pobudka o, jak sądzę 5.
Żeby jednak nie było, że tylko narzekam dodam, że atmosfera międzyludzka była wyjątkowo odświętna, nikt się z nikim nie kłócił, mimo iż tematy polityczno-historyczne były poruszane. Na dodatek moje pierniczki smakowały, a prezenty były trafione. Mąż dostał głównie zestaw do sushi (ja to teraz będę musiała jeść!), a resztę, czyli naczynia i książkę kucharską dostanie po powrocie. Ja dostałam różne babskie pierdółki, w tym czerwone kolczyki w kształcie bombek (stwierdzenie „odpicowany jak choinka” nabiera nowego znaczenia), brązowy szal i rękawiczki, płytę „sygnowano fabryka trzciny” i sesyjny zestaw kadzidełek. Biegnę dokończyć pakowanie.
 

Dziadek nie wyzdrowiał, a że niemal wszyscy faceci w mojej rodzinie kaszlą, prychają i gorączkują, będą dwie wigilie. U dziadków, ze mną i mamą jako zdrową reprezentacją i u rodziców ze wszystkimi. To oznacza, pośpiech, nieporozumienia i atmosferę niekoniecznie świąteczną. Super.
Zaraz po zakończeniu tego szaleństwa wrócimy do domu, żeby się pakować i w miarę wcześnie iść spać. We wtorek wstajemy koło piątej i pierwszy raz z kotem, jedziemy na południe. A mogłyby być takie spokojne te święta.

1 komentarz

Dla niektórych święta, to tylko święta. Ja przy okazji, za kilka dni mam urodziny. Zbiegiem okoliczności wyciągnęłam ze skrzynki zaproszenie od NFZ na bezpłatne badanie cytologiczne. Super, ale czemu dodano „dla kobiet przed 45 rokiem życia”? Jaki prawem kwalifikują mnie do takiej grupy wiekowej? Oburzona tym faktem, poskarżyłam się mężowi, a ten, popisał się kompletnym niezrozumieniem stwierdzając, że no cóż, nie robimy się młodsi. Halo! Ja i owszem, skończę lada dzień 27 lat, ale stąd jeszcze spory kawałek do 30, nie wspominając o jakiejkolwiek innej, większej liczbie!
Do kryzysu mi daleko, nie przeszkadza mi specjalnie mój wiek, szczególnie, że na niego nie wyglądam. Po prostu nie czuję się komfortowo.

Dziś zakończyłam oficjalną działalność przedświąteczną. Podpisałam nową umowę na komórkę i mam piękny, czerwono-srebrny aparat. Nowego numeru pewnie nie szybko się nauczę, nie powiadomiłam też jeszcze nikogo o zmianie. Za to spotkałam się z Kat i spędziłam niezwykle mile czas.
Pierniczki nie chcą mięknąć więc wsadziłam im jabłko, by podzieliło się wilgocią. Jeśli mama nie zmieni zdania to zostaje mi jedynie upiec babkę. W zasadzie nie wiem czemu, ale najwyraźniej nie przyjmuję do wiadomości, że powinnam dać spokój pieczeniu ciast. Przypominam sobie o tym średnio raz do roku, jakiś czas po tym, jak zadeklaruję się cukierniczo. Ale co tam. Przecież nikt nie musi tego jeść. Liczą się dobre chęci, nieprawdaż?

Brak komentarzy

Plan w zasadzie wypełniony. Zdecydowanie łatwiej piecze się ponad setkę pierniczków na dwie blachy. Tak czy siak, kilka godzin roboty, mały stres zanim odkryłam, że moja waga kuchenna solidnie oszukuje i ciasto się klei nie bez przyczyny. Dwa wypełnione po brzegi pojemniki i dwa – trzy dni czekania aż zmiękną. A teraz się wyciągnę, wypiję kawy i namówię męża na wspólne oglądanie. Unit sezon trzeci rozpoczęliśmy wczoraj. Polecam oczywiście.

Nie wiem czy to tydzień nauki, czy pogoda, zmęczenie, czy ki diabeł, ale ostatnie trzy dni męczyła mnie pioruńska migrena. Już zapomniałam jak to jest, bo to chyba pierwszy raz w tym roku. Boli tak, że nie sposób otworzyć oczy, jest się ociężałym, nieprzytomnym i nie można na niczym się skupić. Dodatkowo oczywiście zwykłe środki przeciwbólowe nie działają, a innych nie mam. Budziłam się i kładłam spać z bólem, w ciągu dnia spałam, bo nie dawałam rady. Dziś już chyba na szczęście koniec. Jako tako się pozbierałam, czuję się znośnie.
Potarmosiłam kota i co by nie zmarnować całego tygodnia, dziś posprawdzałam prace kolegom z grupy, a zaraz biorę się za przegląd własnych notatek na dwa kolokwia na początku stycznia. Potem będę piec pierniczki, to już moja świąteczna tradycja. Jutro piszę pozostałe prace zaliczeniowe i idę buwingować celem uzupełnienia materiałów. Przez święta muszę się przygotować do tych kolosów i przynajmniej zacząć uczyć się do egzaminów. W planach jeszcze zakup książki dla szwagra.
PS.
Blog po zmianach jest badziewny niesamowicie. Gratuluję serdecznie wprowadzenia zmian, które zdecydowanie utrudniają życie.  Poważnie przemyślę przerzucenie się na coś innego. W razie czego oczywiście dam znać.

spłata

Brak komentarzy

Dziś nastąpiła spłata długu organizmowi. Nic nie widziałam na oczy, kończyny ciężkie jak diabli, głowa bolała i takie tam atrakcje. Z uczelnianych spraw dowiedziałam się jedynie, że kolosa napisałam na 5.0, za to wysprzątałam całą kuchnię na glanc i grałam w Hannibala. Nawet znośnie mi szło jak na ograniczone możliwości intelektualne i pierwszy kontakt z grą.
Więcej może jutro.

Wrzuciłam kilka rzeczy do torby, prace do teczki, umalowałam się. Jeszcze tylko zrobić zapasy wody i zbieram się na wykład. Oddam pracę, będzie z głowy. Najbliższe dwie nocy spędzę pod Warszawą, w tym samym co zawsze miejscu, ucząc się. A w niedzielę, jak wrócę, będę miała miesiąc na naukę, święta, odpoczynek, rehabilitację nogi do końca i inne taki. Brzmi całkiem miło. I jakaś spokojna jestem. Miłego weekendu wszystkim.

Brak komentarzy

Kiedy denerwuję się tak pioruńsko bez większego powodu, to znak, że jestem przemęczona albo mam chandrę, której jeszcze nie zdążyłam zauważyć, bo jestem zbyt czymś zajęta. Jak jest teraz? Pewnie wyjdzie na dniach. Ewentualnie zdarzają się jeszcze wyjątki od reguł. Po stosownym czasie na odchorowanie wielkich nerwów, zabrałam się za robotę. Siedziałam od 14 do 21 z przerwą na zjedzenie obiadu (bo przygotowanie już zostawiłam mężowi) i zrobiłam sobie szalenie porządne notatki do kolokwium. To taki mój system. Najpierw czytam i zaznaczam, potem z tego tworzę notatki, z których następnie się uczę, a na koniec, w ramach sprawdzenia, robię coś w stylu wyciągu z haseł. Jeśli umiem go zrobić to jest dobrze. Mam więc dwa dni na zakończenie procesu.
I jedną tylko kategorię czasową. Po weekendzie.

Skąd mi się to wzięło? W szkole średniej myśl o nauce czegoś poza ulubionymi przedmiotami w ogóle się nie pojawiała, na pierwszych studiach, które swoją zdrogą uwielbiałam, co semestr stwierdzałam, że rzucam studia i nic nie ma sensu. Decyzję, żeby jednak podejść do sesji zwykle podejmowałam w ostatniej chwili. A teraz nawet przed terminem, regularna nauka zgodnie z planem, dzień w dzień. Jak wiele zależy od podejścia.
Wczoraj w czasie wyjściowej kawy z koleżanką rozmawiałam o tym, jak się pozmieniałyśmy od czasów wczesnego nastolactwa. Jak inaczej my odbieramy świat i jak same jesteśmy przezeń odbierane. Z rozkoszą odkryłam jakiś czas temu jak przyjemne jest czasami powiedzenie czegoś wprost, bez kombinowania, asekurowania się i dawania do zrozumienia.
Ale to tylko tak. Wstałam o szóstej, pojechałam na zdjęcie szwów i nadeszła pora na kawę. Po niej siadam do nauki.


  • RSS