wkra blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2007

Bleh

Brak komentarzy

Jestem tak zmęczona, że nawet pisać mi się nie chce. Wstałam dziś koło 7, wyszłam dwie godziny później, a wróciłam dopiero co. Przejechałam po mieście 50 kilometrów, byłam w szpitalu, skąd wyszłam zdołowana stanem zdrowia osoby, którą odwiedzałam, byłam w każdym z moich rodzinnych mieszkań, w jednym nawet trzy razy, spędziłam godzinę słuchając „linia zajęta, proszę czekać” i jedynym miłym przerywnikiem była szybka kawa z Przyjaciółką. Optymizmem nie zarażałam, mam jednak nadzieję, że je przygniotłam jej nastrojem, a przynajmniej nie do końca.

Kot śpi zadowolony zaraz obok mnie, mąż siedzi drugą noc z rzędu nad projektami, mp3 się ładuje, plecak pełen książek, co bym się nie nudziła, a walizka zapakowana w 1/3, bo po co mi więcej. Nie, nie da się przełożyć książek z plecaka do walizki, nie zmieszczą się. Idę poprawiać pracę zaliczeniową koleżanki w ramach bycia dobrym samarytaninem. Chyba, że dostanę cholery.

Nastawiłam budzik na rano, by wstać na czas. Po 9 miałam stawić się w ZUSie, u lekarza orzecznika. Bo może jednak nie mam podstaw do zwolnienia? Przygotowałam sobie teczkę z rentgenami, zjadłam śniadanie i wyszłam. I w zasadzie pod samymi drzwiami ZUSu zdałam sobie sprawę, że teczki nie wzięłam. Z pewnością lekarz by mi uwierzył na słowo, że mam złamaną nogę i cały czas jestem pod kontrolą lekarską. Tak więc dystans, który zwykle pokonuję w jakieś 10-15 minut przejechałam i owszem, w 15. Ale w obie strony. Gdyby mnie ktoś nagrał w samochodzie i chciał puścić przed 22 to raczej tylko pipkanie byłoby słychać, ale co tam. Na szczęście lekarz się tym nie przejął, popisał się swą wiedzą medyczną, kiedy patrząc na zdjęcie stwierdził, że mam złamany staw kolanowy. No kurcze, nawet ja widzę, że to kostka i stopa, ale co tam. W każdym razie potwierdził, że mam podstawy do bycia na zwolnieniu i tyle mnie tam widzieli.
Za godzinę ma być u mnie pan z umową z tepsy, bo po przejściach, skargach, dyskusjach, przyznali mi rację. Muszę podpisać raz jeszcze umowę na neostradę, ale będzie szybsza i tańsza. Tak więc kolejny dzień załatwiania spraw. Ostatni w tym tygodniu, jutro nic nie planuję poza pakowania się, a w piątek już pewnie dostępu do sieci nie będę miała.

Właśnie zrobiłam sobie test, z którego wynika, że byłabym świetnym agentem SIS. Dostałam 8/8 punktów, ale zostałam oszukana – przycisk Apply now nie działa! Brakuje mi tylko brytyjskiego paszportu. ;)

Done!

Brak komentarzy

Cztery dni (no, nie całe, ale na ich przestrzeni) siedziałam nad tą pracą zaliczeniową, ale się udało. Dziewięć stron tekstu, trzy razy przeczytany materiał źródłowy, robota głupiego, ale zrobione. A ostateczny termin za niemal trzy tygodnie. To się nazywa motywacja! Teraz jeszcze szybko poprawię małą prackę z innej zupełnie dziedziny i temat zamykam na dziś. Przynajmniej do późnego popołudnia. Pójdę sobie do biblioteki, może spotkam z Gdańskim kolegą, wymyślę dobry obiad. Nawet śnieg poczuł respekt i przestał padać.

O ile wiem to nic już nie powinno pojawić się nowego. Tak więc, jeśli tylko przyjmą mnie na oddział, w piątek idę do szpitala, tracę weekendowy zjazd, w poniedziałek – wtorek mnie operują, a koło piątku wypisują. Mąż na weekend wyjeżdża. Nawet pytał czy ma odwołać, ale ma trzy prelekcje wpisane w program, więc nie ma sensu. Już zaczynam odprawiać gusła, żeby trafić na jakąś młodą i sensowną ekipę w pokoju, co by spokojnie móc sobie czytać czy coś. Szkoda, że w naszych szpitalach złodziejstwo się szerzy, bo wzięłabym laptopa, mogłabym spokojnie pracować, pisać, coś sobie obejrzeć itd. A tak, kicha.
Szefostwo swoje powiadomiłam, w zamian dostałam maila o treści „życzę powrotu do zdrowia” i pismo z ZUSu z wezwaniem do lekarza orzecznika. Coś czuję, że jednak długo nie zostanę u obecnego pracodawcy. Tak więc styczeń będzie wesoły. Dalsza rehabilitacja, szukanie pracy i sesja, ale myślenie o tych przyjemnościach zostawiam sobie na potem. Teraz siadam do rozpoczętej już pracy zaliczeniowej i mam nadzieję, że za kilka godzin jej temat będę mogła uznać za zamknięty. To byłby wcale niezły wynik.

Dla osoby niepracującej nie ma wielkiej różnicy między weekendem, a dniem pracującym, więc wstałam z samego rana i zajęłam się zaplanowanymi i nie czynnościami. Tu kogoś zawieźć, tam komuś coś przywieźć, coś kupić. Kiedy już zrobiłam, co musiałam, rodzice zaprosili nas na kolację. Czując więc uczelniany bicz na plecach postanowiłam wrócić do domu i usiąść do pisania pracy zaliczeniowej. Tak więc dotarłam i zabrałam się, oczywiście za sprzątanie. Bo cóż bym miała innego zrobić, kiedy mam się uczyć? Tak więc część szafy posprzątana, moje niby biurko i szafka nad nim też (ile ja tam śmieci miałam!), a teraz robię rzecz niezmiernie ważną, czyli przeglądam niepodpisane płytki i dzielę je na czyste i nagrane. Czysta była tylko jedna, więc przy okazji przegrywam jedną płytę, którą powinnam była dawno oddać. Tak czy siak, godzina w pracy. Na pisanie zostały niespełna trzy, więc oczywiście już widzę, jak dużo zrobię. Ale co tam, teraz na pewno już się zabiorę! Samej mi się chce śmiać jak widzę te swoje reakcje, ale co poradzę? Niech mieszkanie też ma coś z mojego studiowania!

kalejdoskop

Brak komentarzy

Mam wrażenie, że ostatnio niewiele ode mnie zależy. Co podejmę jakąś decyzję to okazuje się, że będzie dokładnie odwrotnie. Po napisaniu wczorajszej notki okazało się, że w szpitalu Bródnowskim jestem umówiona na dziś rano z samym Profesorem, nie mogę więc nie pójść. Pogadałam z nim i usłyszałam, że mam się stawić w piątek rano i poniedziałek – wtorek będę miała operację. Tak więc przepadnie mi zjazd i kupę czasu, bo na moje pytanie czy w takim razie nie mogłabym przyjść w poniedziałek nawet nie odpowiedział. Potem kilka dni w szpitalu i jakieś 2 tygodnie gojenia i wtedy okaże się, czy to była wina śrub. Tak czy siak przed nowym rokiem już raczej do pracy nie wrócę. Co ma oczywiście i plusy (więcej czasu na naukę i możliwość spokojnego pojechania na święta do teściów), i minusy (wrócę do pracy przed samą sesją, będzie masakra). Oznacza to, że mam tydzień na napisanie dwóch dużych prac zaliczeniowych i że już muszę zacząć uczyć się do przedświątecznego kolokwium, bo jak się będę czuła po operacji to cholera wie. No i oczywiście jeszcze się może okazać, że w ten najbliższy piątek mnie nie przyjmą, bo to zależy od tego, czy będzie wolne łóżko.

Brak komentarzy

Dzień zaczęłam od pisania skargi na TPSA, a to nie wróży dobrze. Na szczęście chwilę później byłam umówiona na zakupy, które po różnych perturbacjach zakończyłam nabyciem ślicznego, długiego, czarnego swetra. W końcu znów mam w czym chodzić i wyglądać jak kobieta. Do normalności brakuje tylko równomiernego kroku, ale i tym się zajęłam. W poniedziałek jadę na Szaserów na konsultację i dowiem się kiedy mogą mi tą operację zrobić. Są spore szanse, że będzie to już w przyszłym tygodniu!

klęska urodzaju

1 komentarz

Dziś po południu dostałam informację że mogę iść do szpitala, a przed chwilą maila ze Szwecji, że sprawa załatwiona. Mam zadzwonić tylko do lekarza z innego warszawskiego szpitala i zrobią mi operację. I co teraz wybrać? Jutro czeka mnie kilka rozmów telefonicznych i dość szybka decyzja. Tak czy siak najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu będę już w szpitalu.
Czy mogę już zacząć bać się zabiegu?

!!!

Brak komentarzy

Wszystko wskazuje na to, że w piątek rano mam stawić się w szpitalu i ustalić termin operacji. Howk.


  • RSS