wkra blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2007

towarzysko

1 komentarz

Wczoraj spędziłam pół dnia poza domem. Byłam w księgarni naukowej po książkę, byłam w drogerii po kosmetyki i w empiku po prezent imieninowy dla męża. On oczywiście nie wie, co kupiłam, ale o ile przed zakupem w zasadzie nic nie mówił o tej grze, to od wczoraj dowiedziałam się już, że w zasadzie to nie wygląda interesująco. No i jak się tu nie irytować? Na szczęście ja wiem swoje, więc tylko udaję, że mnie nie ruszają jego teksty.
Przede wszystkim jednak, spotkałam się wczoraj z Kat. Po raz pierwszy od ponad trzech miesięcy odbyłam regularną kawiarnianą posiadówę. Chyba ze 2-3 godziny gadania o wszystkim, co nas w świecie boli, analiz spadającej jakości prasy, wspominek, marzeń i opowiadania historii. Mam wrażenie, że ciężko stwierdzić, której z nas bardziej było to potrzebne, skorzystałyśmy obie i wyszłyśmy chyba w lepszym nastroju, o co ostatnio trudno.
A jako że wieczorem mój ojciec wrócił z Gwatemali, to dziś wyciągnęliśmy go z mężem na obiad. Skończyło się na sushi i znów pogaduchy, opowieści i rewelacyjna atmosfera. Tym razem popołudnie zakończyliśmy w Trafficu, gdzie ojciec zaproponował, że coś mi postawi. Trzeba kuć żelazo póki gorące, więc zażyczyłam sobie Historię Brzydoty, której sama szybko bym sobie nie kupiła i dorzuciłam jeszcze jeden tytuł, a w zamian okazałam legitymację studencką uprawniającą do 7% zniżki.

I jakoś tak, bardziej jak człowiek się czuję. Jutro muszę w końcu zabrać się za czytanie materiałów do referatu, ale dziś jeszcze spokój. Może zaraz film z mężem obejrzymy?

Chodzę na lektorat prowadzony przez człowieka z tytułem doktora. Niby nic, ale jednak by go zdobyć musiał coś przeczytać, czymś się zainteresować i nie wiedzieć czemu, spodziewałam się po takiej osobie jakiegoś poziomu. Zajęcia dzisiejsze zaczął jednak stwierdzeniem, że jak wszyscy, nie lubi czytać powieści, bo są za długie oraz, że z całą pewnością nikt z nas również nie czyta. Ironicznie rzuciłam, że słyszałam kiedyś opowieść o człowieku, który jednak czyta i to dobrowolnie. W reakcji zauważyłam jednak zdziwienie, a następnie pytanie, wypowiedziane kpiącym głosem „a ile miała stron najdłuższa książka, jaką pani przeczytała?”. Przyznam szczerze, że musiałam chwilę się zastanowić gdyż, jako żywo, nigdy nie wybierałam książek pod względem objętości i niespecjalnie pamiętam ile stron mają moje lektury. Wypowiedziałam tę myśl na głos i usłyszałam śmiech ze strony połowy sali. Kiedy zaś przypomniałam sobie którąś z powieści, która ma ponad tysiąc stron, usłyszałam śmiech po raz wtóry, i że „taa, jasne”.

Czy ja jestem jakaś nienormalna? Czy tylko studiuję z debilami? Znam oczywiście badania na temat czytelnictwa w Polsce i na świecie. Ale, na boga!

Brak komentarzy

Moja wspaniała uczelnia dała mi dziś niepowtarzalną okazję przejścia sobie po schodach jedynych 14 pięter w sumie. Było super, aż zaczęłam zastanawiać się, czemu sobie po schodach nie biegam codziennie. Już nawet wykładowcy się denerwują, w przeciwieństwie do pań z dziekanatu, które stwierdziły, że przecież dla jednej osoby uczelnia nic nie będzie zmieniać. Ciekawe, dla kogo zmienili grafik bazowy, w którym ćwiczenia miałam ciurkiem w jednej sali na pierwszym piętrze.

A tak żeby i pozytywnie było to dziś mnie prowadzący mile zaskoczyli jakością prowadzonych zajęć.
Miło jednak było wrócić do domu i paść na kanapę. Jutro śpimy dłużej, a wykłady kończę wcześniej więc już kończę. Lubię studiować w sumie.

poszpitalnie

Brak komentarzy

Brat jednak się nie połamał, choć moja reakcja była słuszna, lekarz też tak uznał. Zrobił sobie tylko niesmowicie dużego krwiaka, dostał żel znieczulający i ma cierpliwie czekać aż zniknie.
Ja z kolei dziś spędziłam pół dnia w innym szpitalu. Generalnie usłyszałam, że już nic nie powinno mnie boleć, powinnam mieć nogę całkiem sprawną oraz powinnam mieć robioną operację i wyciągnięte śruby. Jedyne jednak co lekarz może poradzić, to zaprosić mnie w grudniu. Może samo przejdzie, a śruby się rozpuszczą? Może dzięki temu wzmocnią mi się kości, które z bliżej nieokreślonej przyczyny odwapniły się tak, że na rtg wyglądają jaby ich nie było.

Do niedawna wydawało mi się, że jak się jest miłym dla lakarzy i pielęgniarek, to wszystko można załatwić i traktują jak człowieka. Częściowo słusznie.
Pozwolę sobie na chwilowy pesymizm.

no żesz…

1 komentarz

Że grypą można się zarazić wiedziałam, ale żeby problemami ortopedycznymi?? Nie przypominam sobie, żeby w ogóle moim znajomym i rodzinie zdarzało się więcej niż jedno złamanie rocznie. A przez ostatnie trzy miesiące ja złamałam nogę, moja koleżanka drugą, dopiero co mąż Przyjaciółki rękę, a od kilku godzin mój brat siedzi na ostrym dyżurze z podejrzeniem złamania ręki. Nie wypowiadam się na temat czasu jaki tam spędził. To i tak nic w porównaniu z pierwszym szpitalem, w którym usłyszał, że nie ma lekarza więc najlepiej żeby wrócił rano. Dostał polopirynę (sic!) przeciwbólowo i wyszedł. Kiedy doszedł do mnie do domu wyglądało na to, że ma pękniętą kość, bo wystawało mu coś na ponad centymetr pod skórą! Ale co tam, po co robić rentgen, po co poinformować chociaż gdzie ktoś go dziś może zbadać! Więcej nie piszę bo furia nie pozwala.

nowy sen

Brak komentarzy

Dziś dla odmiany byłam w ciąży. A dokładniej zaczynałam trzeci miesiąc. Uznałam, że w końcu rozumiem czemu mam taki twardy brzuch (we śnie, bo teraz nie widzę związku) i zastanawiałam się czemu pobrali mi cały słoik krwi do badań i to z różnych miejsc. Z ramienia, łopatki, łydek, a potem i tak wszystko wlali w jeden słoik. Przecież to nielogiczne!

A w ciągu dnia, dodam, że nie jest to związane ze snem, zabrałam się za kolejną rzecz do zrobienia. Czyli przeczytałam swój rozdział z książki o erotyzmie w religiach świata. Przeczytałam, obmyśliłam, wieczorem pozostaje tylko spisać.

Wczoraj poczucie obowiązku wzięło górę nad poczuciem choroby i zabrałam się za robotę. Na najbliższy zjazd mam mnóstwo rzeczy do przeczytania, kilka do napisania, dużo czasu nie zostało, a ja zabrać się nie mogłam za nic. Tak więc, zakładając, że najskuteczniej jest zacząć od najcięższej roboty, wzięłam sobie tekst z socjologii wychowania. Miała to być podstawa do dyskusji na temat teoretycznych podstaw dyscypliny.

Zaczyna się od słów: „jeśli niełatwe było dorobienia się systemu marksistowskiej socjologii na miarę naszych aktualnych potrzeb…”. Dalej jest tylko lepiej. Co chwila rozdział nazywa się „marksistowskie przesłanki w badaniu procesów wychowawczych”, z którego dowiadujemy się, że „dla wszystkich tych dyscyplin [społecznych] marksizm jest jakby systemem nadrzędnym”, a „w wyniku krytycznej oceny różnych stanowisk, odrzucił on [J. Hochfeld] pogląd stwierdzający tożsamość marksizmu i socjologii ogólnej”.

Bardzo bym chciała wierzyć, że na zajęciach zajmować będziemy się wpływem ideologii na naukę, śmiem jednak wątpić. Dodam tylko, że ćwiczeniowiec jest na oko młodszy ode mnie, a socjologia wychowania jako dyscyplina naukowa rozwija się nadal.

Czekając na ogłoszenie pierwszych sondaży przypomniałam sobie starą anegdotę na temat Afganistanu. Że ludzie tam dzielą się na pesymistów, którzy uczą się rosyjskiego, optymistów, uczących się angielskiego i realistów, którzy uczą się obsługi kałasznikowa.
Nie byłam pewna jak wyglądać będą słupki, przedłużanie ciszy wyborczej było bardzo irytujące. Ale czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy. Rozmawiałam ostatnio z Kasią na temat prognoz frekwencyjnych. Powiedziałam, że marzy mi się ponad 50% frekwencja, ona była mniej optymistyczna. Poczekam jeszcze na oficjalne wyniki, ale jestem na prawdę dumna z nas, Polaków. Że ruszyliśmy tyłki i wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Chciałabym móc za rok powiedzieć, że się nie zawiodłam, że kraj wraca do pionu. Będę wtedy pewnie szukać motywacji by zabrać się za pisanie pracy licencjackiej, będę miała być może nieco wyklarowaną sytuację mieszkaniowo-zawodową. Trzymam kciuki.

Ton powyższej wypowiedzi nie jest spowodowany 38 stopniami gorączki. Tę już udało mi się zbić.

całe szczęście

Brak komentarzy

że depresyjne nastroje ostatnio nie trwają u mnie zbyt długo. Przyszedł znajomy i jakoś nie wypadało mieć złego humoru. Wspólnymi siłami: mąż gotował, ja zmywałam, znajomy czytał Kerna, przygotowaliśmy obiad, a po nim włączyliśmy Postrzyżyny wg Hrabala. Nie do końca rozumiem czemu ale to chyba w jakiś sposób kobiecy film. Poznałam to po tym, że obaj panowie w trakcie podsypiali ;)
W każdym razie cudnie pogodny, dowcipny film z dużą dozą dość abstrakcyjnego poczucia humoru. Polecam każdemu, mimo początku, który sugeruję zupełnie inny klimat.

październikowość

Brak komentarzy

Obejrzałam dziś zdjęcia z zaśnieżonych Bieszczad, wyjrzałam za okno, zerknęłam na termometr, wzięłam tabletkę na katar i uznałam, że łapie mnie jesienna deprecha. Oczywiście nigdzie nie pojedziemy więc muszę przejrzeć warszawskie listy i zdecydować na kogo głosować tutaj. Brat, który ma dziś urodziny, nie odbiera komórki, więc pewnie nawet się nie dowie, że chciałam zrobić jego ulubioną lasagne w ramach tortu. Rodzicom od ponad dwóch tygodni nie chce się pofatygować do mnie i nawet na rozmowy telefoniczne niespecjalnie mają czas. Zwiększona intensywność treningów spowodowała, że znów przy każdym ruchu boli mnie noga. To wszystko powoduje, że czuję się jeszcze bardziej uziemiona niż zwykle.


  • RSS