wkra blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2007

Uff

Brak komentarzy

4/5 egzaminów za mną, jestem nawet zadowolona z tego jak je napisałam i pioruńsko dumna, że dałam radę. Nauka + przeprowadzka + praca + pogoda, nie było łatwo.
Przede mnie jeszcze najtrudniejszy egzamin za dwa tygodnie, ale planuję nie ruszać materiałów do niego aż do środy. Należy mi się chwila oddechu.
Wczoraj, już po wszystkim, wpakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy za miastko, do Elizy do domu. Cudowny wieczór, letni wietrzyk i tylko szumu fal brakowało. Piliśmy wódkę (dokładnie tego potrzebowałam), śmialiśmy się i delektowaliśmy myślą, że mamy to wszystko z głowy. I jeszcze jedliśmy kolację wykonaną przez Szymka.

Ludzie z grupy nas pytają, czy my w ogóle dajemy radę skupić się na nauce, jak siedzimy w trójkę. Z początku sama się zastanawiałam, ale teraz wiem, że to sprawdzony team, w który każdy coś wnosi.

Wyszłam dziś z pracy punktualnie i skierowałam się ku Smykowi. Tam byłam umówiona z kolegą celem przekazania notatek, a potem miałam wsiąść w autobus jadacy prosto do mojego nowego domu. Niestety, z przyczyn bliżej nie określonych przespacerowałam się pod rotundę i wsiadłam w tramwaj jadący do starego lokum. Zorientowałam się co robię dopiero po chwili. Śmieszne, jak człowiek się przyzwyczaja. Ja w każdym razie.
Pod wieczór manewr ten powtórzyłam, na szczęście zauważając to na czas :)

W nowym domu coraz ładniej. Przywieźliśmy pozostałe książki, w większości są już rozłożone po półkach (tylko brakuje jeszcze jednego regału ;) ), ubrania w dużym stopniu też rozpakowane. Coraz bliżej do końca!
Niestety, coraz bliżej też do egzaminów, do których dziś nie miałam czasu nawet chwili się pouczyć. Ale czarnowidztwa nie będzie. Zamiast tego spać pójde. Dobranoc.

new place

1 komentarz

Czyż nie piękny poniedziałek mamy za oknem?
Tak, tak, sama się dziwie, że wygaduję podobne bzdury ale mam na prawdę dobry humor! Zaczynam kontrolować sytuację (przecież wiadomo, że ja z „tych” co muszą ;-) ), teraz będzie już tylko lepiej.
Cały weekend spędziliśmy w trójkę, z ludźmi ode mnie z grupy, ucząc się. Cztery egzaminy w najbliższy weekend, a ja wcześniej zebrać się nie mogłam. Dzięki siedzeniu na kupie materiał z psychologii rozwojowej i osobowości mam już przygotowany, zrozumiany i w sporym stopniu nauczony. Dobrze jest. Ze znienawidzonej pedagogiki pracy mam zrobione ściągi i więcej czasu nie zamierzam na ten przedmiot marnować. Z dwóch pozostałych przedmiotów materiał mam przejrzany i rozdzielony na trzy osoby więc będzie ok.

Ale ja miałam o nowym miejscu. Tak więc, w piatek wieczorem, heroicznym wysiłkiem i w ogóle – przeprowadziliśmy się! Oczywiście nie wszystko udało się przewieźć, a co jeszcze bardziej oczywiste, mnóstwo zostało do rozpakowania. Ale mieszkanie już zaczyna wyglądać, a mój doskonały zmysł organizacyjny :> pozwolił na zagospodarowanie chyba każdego centymetra przestrzeni w sposób racjonalny. Śpi się rewelacyjnie, miejsca jest wbrew pozorom trochę, robi się coraz czyściej. Jest dobrze!
Po sesji będę siała ziółka w skrzynkach na balkonie, od koleżanki mam dostać sadzonki jakiś roślinek do mieszkania, a na ścianach wisi kilka obrazów. Jescze chwila, a to będzie na prawdę „nasz” dom. Kot zdaje się to, swoim zachowaniem, potwierdzać.

Miało być o samolotach, to będzie. W wersji skróconej, gdyż emocje już opadły i złoszczą mnie zupełnie inne rzeczy ;-)

Wylot do Budapesztu mieliśmy w samo południe, o 13:10 mieliśmy być na miejscu. Siłą rzeczy odprawa winna się zacząć o 10. Byliśmy na miejscu kwadrans wcześniej, uczuleni na kilometrowe kolejki na Etiudzie.
Odprawa zaczęła się o czasie, równocześnie z tą do Liverpoolu. Kłopoty zaczęły się później.
Nie przedłużając, okazało się, że sześciu pasażerów postanowiło nie wysiadać z samolotu, który miał stać na lotnisku (jak to tania linia) tylko moment i zabrać nas do Budapesztu. Nie wiem czemu, nie wiem też jak w końcu ich przekonali do wyjścia (wśród współpasażerów słyszałam różne pomysły, gdyby tylko pokazali nam, który to samolot :> ). Tak czy owak, o 13:10, kiedy to powinniśmy być już na miejscu dopiero drugi raz zaczęli nas wypuszczać na płytę.

Od momentu jednak, kiedy wsiedliśmy do samolotu, wszystko było już dobrze. Pilot po mistrzowsku wystartował i wylądował, nawet nie zabolała nas głowa, ani w uszach nie zaszumiało. Niebo było niesamowite, a Tatry przepiękne i ośnieżone. Ani się obejrzeliśmy, a już odbieraliśmy bagaże i witaliśmy się z naszą Gospodarz (Gospodarką? ;-) ).

Powrót był już o czasie i bez kłopotów, lotnisko w Budapeszcie stokroć lepiej sobie radzi niż nasze. Gorszy za to był pilot. Nigdy nie sądziłam, że zatoki mogą tak boleć!

Kurcze, szybko przyszło, szybko poszło. Muszę jednak przyznać, że tak udanego i tak maksymalnie wykorzystanego urlopu nie pamiętam. To był zdecydowanie dobry zespół do wspólnego szlajania. Nawet mój Mąż, który z zasady nie przepada za chodzeniem bezcelowem, był zadowolony. Ba! Zrzuciliśmy z siebie gigantyczną porcję stresu i złych nastrojów! Dzięki temu mamy teraz siłę do dalszej walki.

Jakim cudem, trzeci dzień z rzędu od rana niebo szczelnie zasłonięte jest chmurami, a po południu się rozpogadza? Samo to byłoby normalnie, ale powtarzalność jest już trochę niepokojąca…
Tak czy siak, słońce właśnie wyjrzało, wiatr po raz pierwszy od przyjazdu nie stara się zmieniać porządku rzeczy, a my zaraz zjemy śniadanie i wyruszymy w miasto. Czemu dobrze spędzane dni mijają tak szybko?? Ledwo przyjechaliśmy, a już przytłacza nas myśl o wcześniejszym pójściu spać, bo samolot o 7:30. A po powrocie nasze małe, prywatne pandemonium. Ale nie myślmy o tym.
Pyszne śniadanko z płatków lepszych niż nasza frutina, a na obiad Mąż zrobi leczo (bo nie sposób zjeść je w restauracji). Sielanka!!

Ps. O wczorajszym szlajaniu jeszcze będzie.

Brak komentarzy

Poranek przegrany w planszówki, w ramach zaklinania wiatru. Tudzież raczej braku wiatru, gdyż ten, póki co znów łby urywa, a chmury w ilościach masowych mkną po niebie. Słońce już jednak zaczęło sie pokazywać, a to co jest nie zapowiada (nie zapowiada, nie zapowiada, nie zapowiada!!) deszczu, zbieramy się więc do wyjścia. W planach Wzgórze Gellerta, Zamkowe, a potem szlajanie sie po Budzie. Będzie element podróżo_poślubny, czyli łażenie tylko we dwoje. ;)
Wieczorem w planach wspólny wypad do knajpy, kiedy to dołączy do nas nasza Gospodarz.

Jest przyjemnie, intensywnie, z uśmiechem na twarzy, poznawczo, wspólnie i po prostu dobrze. Czyli wszystko tak jak trzeba!

;]

Brak komentarzy

Z oknem szumi wiatr, nasza gospodyni (Katmoso, link obok) skończyła przed chwilą dzisiejszą pracę nad magisterką, mąż swoją pracę zawodową, a ja kończę czytać materiały do kolokwium. I nie, nie jesteśmy wariatami. Cały dzisiejszy dzień spędziliśmy na szlajaniu się po Peszcie oraz Wyspie Św. Małgorzaty, wróciliśmy solidnie wymęczeni, szczęśliwi i z poczuciem dobrze spędzanego urlopu. I myśl o zabraniu się za robotę chyba nikogo nie zniechęcała!
Wczoraj i dziś był Peszt, jutro planujemy w końcu przekroczyć do końca Dunaj i udać się do Budy. Bo Wzgórze Gellerta i inne takie, to jak na razie tylko z daleka widzieliśmy.

O przygodach lotniskowych napiszę po powrocie. Wolałabym jakiegoś złego ducha nie obudzić pisaniną ;>

To chyba najwyższa pora zacząć się pakować, nie? Odwiedziliśmy rok nie widzianych przyjaciół, wybraliśmy meble do nowego mieszkania, zjedliśmy kolację na mieście (nieudaną, ale pal sześć) i wróciliśmy przed chwilą.
Zostaje więc spakować się, przygotować kotu jedzenie na dobę do przodu, pozmywać, zgarnąć naukę w jedno miejsce i iść spać. Skoro na naszym urlopie Mąż będzie i tak pracował, to ja mogę spróbować się pouczyć. Bo szczerze mówiąc do nadchodzącego zjazdu przygotowana jestem w nikłym stopniu.

Przeprowadzanie się nigdy nie było moją ulubioną czynnością. Jeśli dobrze liczę, to będzie dziesiąty raz.
Nigdy jednak nie mieliśmy tak dużo rzeczy, nigdy też metraż się tak drastycznie nie zmniejszał. Wychodzi, jak różne mamy pojęcie o przytulnym mieszkaniu, jakie mamy priorytety odnośnie wygody itd. Biorąc pod uwagę ogólną atmosferę naszej okolicy, trudności w pracy Męża w ostatnich dniach (dziś spędził tam ponad pół dnia), osiągnięcie satysfakcjonującego kompromisu jest raczej trudno. A decyzja musi być podjęta do jutrzejszego poranka – wtedy jedziemy kupić potrzebne rzeczy. Potem urlop (śmiechu warte, miał być pierwszy od trzech lat urlop, w połączeniu z podróżą poślubną i terapią małżeńską, a już wiadomo, że musi wziąć ze sobą pracę :-| ), a po powrocie ja idę na zajęcia, a on będzie nas przeprowadzał.

Kurcze, a dopiero co skończyła się poprzednia!! Tak czy siak, poznać nadchodzącą można po tym, że robię się nerwowa na myśl o jakiejkolwiek nauce czy pisaninie, że myśl o nich napawa mnie niechęcią i nagle przypomina się milion rzeczy do zrobienia na wczoraj. Koniecznie trzeba wrócić do gotowania, codziennego sportu, wygłaskać kota, odpocząć przed telewizorem albo chociaż, niech będzie moja strata, poodkurzać.

Nic jednak z tego. Pomysł na grę dydaktyczną już mam (zaliczenie ćwiczeń), pogadam o nim z Mężem, to mi się do końca wyklaruje. Zabieram się więc do nauki na kolokwium, a pedagogikę pracy zostawiam na koniec. Wiem, że powinno zaczynać się od najgorszego, ale pierwsze dwie rzeczy muszę mieć na sobotę, a ostatnią dopiero na niedziele. Czyż to nie cudowna wymówka? :)


  • RSS