wkra blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2007

Wróciłam. W obie strony połowę drogi spędziłam na przygotowaniach do egzaminu. W zależności od standardów to mało lub dużo. Sama nie wiem jak to zinterpretować ;)
Ale żeby nie było, wykorzystując kawałek wolnego czasu wsiadłam w SKM i pojechałam do Sopotu. Nigdy tam nie byłam (z takich miejsc, obowiązkowych tandetnie turystycznie to jeszcze chyba tylko Zakopane mi zostało) więc pora było nadrobić. Niestety, wiało i padało więc przeszłam się po Monciaku, zobaczyłam Krzywy Domek, przeszłam się do samiutkiego końca mola i wróciłam. Znaczy się Sopot zaliczony.

Jedno jest pewne. Raczej się tam nie pojawię w sezonie turystycznym ;)

Po odstaniu 25 minut i przejściu do czterech kolejnych okienek na poczcie kipiałam furią. Postanowiłam więc złożyć skargę.
Zadziwiająco, jak taka informacja działa na ludzi i w jakim stopniu może zmienić się stosunek obsługi do klienta po takiej krótkiej informacji.

A sądziłam, że takie rzeczy to już tylko w urzędzie skarbowym…

Zachaczę tylko na jakieś 8 godzin o pracę i w pociąg. 4 godziny jazdy, więc i czas na naukę, a wieczorem może skorzystam z luksusu jednoosobowego pokoju i w końcu chwilę odpocznę? W końcu filozofia nie ucieknie, a już i tak sama siebie nie poznaję, tak pilna jestem.
Rozmawiałam dziś z bratem, który również jest w trakcie pierwszej sesji. Stwierdził złośliwie, że całe szczęście jest jeszcze nasz drugi brat, bo byłby zakałą rodziny. I dodał, że na nauce do sesji spędził w sumie tyle czasu co ja dziennie. No cóż, gdybym ja poszła na studia humanistyczne zaraz po maturze, to też bym się tak zachowywała ;)

Brak komentarzy

Najwyraźniej jeden weekend śnieżnej (bo przecież niezbyt mroźnej) zimy to dość jak na nasze potrzeby. Od wczorajszego wieczora pada śnieg z deszczem, wieje i jest znów brzydki listopad.

Korzystając z chwilki wolnego czasu w pracy rozpoczęłam przygotowania do przyszłotygodniowego egzaminu z filozofii. Przeczytałam jeden z tekstów podanych jako lektura do tegoż.
Już dawno nikt mnie nie wkurzył tekstem pisanym! Zdecydowanie (niezbyt)Sz.P. Wolniewicz nie zostanie moim idolem. Jeśli dostanę jego tekst na egzaminie to napiszę co o nim myślę i mam w nosie, że mój wykładowca zdaje się być jego fanem. Jakbym miała czegoś nie zaliczyć ze względów ideologicznych to też dobrze ;)

Chociaż tak na prawdę to chciałam się podzielić czymś zupełnie innym. Tak więc szybko powiem, że weekend przeżyłam. A nie było to takie proste, z powodu trzech egzaminów dziś do godziny 14. Poza tym miałam jeszcze dwa wykłady, jeden wczoraj o 7:15, drugi o 18:30, tak w ramach ułatwiania życia.
W każdym razie egzaminy napisane, dwa nawet chyba dobrze, trzeci – okaże się.

A wracając do eksmisji…
Rodzice postanowili sprzedać swoje mieszkanie i przeprowadzić się do tego, w którym my obecnie mieszkamy. Niestety, mają do tego prawo. Plan więc jest taki, że w połowie (najdalej pod koniec) kwietnia zaczynają tutaj remont, a my do tego czasu musimy przenieść się ‚gdzieś’ i szukać mieszkania do kupienia. Jak zrobią remont, to się przeprowadzą, a my mamy wziąć kredyt i kupić i też się przeprowadzić. Jest to całkiem sensowne niestety i i tak przecież kiedyś by nas to czekało. Ale zdecydowanie jesteśmy taką wizją przerażeni. Co nie zmienia faktu, że rozmawiałam już z administracją i kolegą architektem i w ramach kręcenia sobie stryczka, namawiam rodziców do szybkiego działania. Chyba po prostu już chciałabym mieć decyzję podjętą i mieć to wszystko za sobą.
Tylko teraz, gdzie i jakie mieszkanie kupić? I czemu to nie takie proste jak wybór szamponu do włosów?

Dzisiejszy wieczór spędzę na błogim lenistwie. Idę zaraz wymoczyć się w wannie, poczytać miłą, kompletnie nie związaną ze studiami książkę, a potem może jakiś film obejrzymy z mężem? ;-)

Nie zapowiada się jednak bym miała okazję się nim nacieszyć. W sobotę ostatnie wykłady i kucie, w niedzielę trzy egzaminy. Kto to wymyślił (pytanie retoryczne)????
W każdym razie oczywiście po mału wpadam w panikę, bo czasu i sił do nauki niemal brak. Przerobiony materiał do jednego egzaminu, nie tak jak bym chciała, ale musi wystarczyć. Drugi tknięty, ale to pamięciówa, a ja niestety muszę kuć, przeczytanie nie wystarcza. Do trzeciego dopiero za chwilę siądę. W sumie niby jutro popołudnie mam i z pół soboty. No i dwie noce, które teoretycznie można zarwać, ale to już chyba nie na moje lata :)

Znaczy się, w poniedziałek będę miała już za sobą połowę egzaminów, kolejne będą po jedyńczo więc będzie z górki.

Aha, wstępnie ustalone, że rodzice nas eksmitują w połowie kwietnia. I tak temat zostawie, by czytelnik z zainteresowaniem czekał na następną notkę ;>

Nie sądziłam nigdy, że aż tak będę się cieszyć odkrywszy, że jest wtorek, nie środa. Od rana byłam przekonana, że jutro mam w biurze szkolenie, uwijałam się jak w ukropie, niemal zapominając o oddychaniu (a napewno o jedzeniu i piciu) by zdążyć, ze świadomością, że i tak przed 20 nie skończę, by… koło 15 odkryć, że mam na to wszystko jeszcze cały jeden dzień!
Z dziką rozkoszą wyszłam więc punktualnie o 16 (drugi bodaj raz od początku pracy), zostawiając resztę pracy na jutro. Jakież to było przyjemne!

Wstawanie o 4:30 to barbarzyństwo! Przeżyłam jednak, dojechałam na czas (do Lublina). Auto służbowe mam naprawdę fajne, szkolenie się udało (acz nie powaliło), generalnie na plus. No i pierwsze koty za płoty. Jutro idę na imprezę z okazji przyznania złotej płyty, w sobotę do koleżanki, uczyć się w towarzystwie, w niedzielę po południu jadę do Szczecina, a przed końcem tygodnia do Poznania lub Gdańska najprawdopodobniej. Generalnie intensywność życia wzrasta. Jeszcze tylko muszę się do tego przyzwyczaić :)

Weekend na studiach. Przy wszystkich ćwiczeniach zal (kilku prowadzących przekaże wykładowcom informacje o tym, że postawiliby 5.0 gdyby stawiali oceny z ćwiczeń), przy jedynym zaliczeniu na ocenę z wykładu – 5.0. Znaczy się, najłatwiejsze za mną. Za dwa tygodnie trzy egzaminy jednego dnia. Kolejne dwa tydzień później, na koniec jeszcze jeden. A po kolejnych dwóch tygodniach już nowy semestr. Ale ten czas leci!
Teraz już jednak nie ma, że boli. Popołudnia wyłączam z życiorysu i będę się uczyć. W środę będę w Lublinie, przyjaciółka ma wtedy wizytację w pracy więc się nie spotkamy. W planach więc wizyta na cmentarzu u starego znajomego, może kawa z przyszłą szwagierką (czy jak tam się nazywa przyszła żona brata męża. Może dla bezpieczeństwa uznajmy, że jednak szwagierka ;) ), a resztę czasu postaram się poświęcić na naukę.

No więc obie prace zaliczeniowe napisane. O ich jakości się dziś nie wypowiem bo chyba niespecjalnie rozumiem słowo mówione czy widzę pisane. Mąż przeczytał, powiedział, że może być i na szczęście nie potwierdził moich obaw dotyczących pseudonaukowego bełkotu.
Tak więc, przeczytawszy wreszcie coś ciekawego (artykuł o Cyganach, który wybrałam sobie do zrecenzowania) uznaję, że swoje dziś zrobiłam. Całe szczęście egzamin sobotni będzie ustny, a gadanę to ja mam, więc jutro poczytam materiały i notatki, w sobotę jeszcze pewnie będą jakieś okienka po wpisaniu zaliczeń w nasze piękne zielone indeksy (poprzedni chyba nie był taki intensywny, albo mi pamięć kolory rozmywa), a co za tym idzie czas na powtórkę. I powinno być dobrze.

PS. Katmoso – jak widać powyżej, najwyraźniej ;)


  • RSS