wkra blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2004

Piszę szybko, bo ojciec potrzebuje komputera do pracy. Przeprowadziliśmy się, ja właśnie dziś dostałam nową, lepszą jak sądze pracę. Mieszkamy nadal na walizkach, bo nie wszystko zdążyliśmy rozpakować, a remont trwa. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to dziś się zakończy, a jutro czeka mnie zawał po usłyszeniu ile mam zapłacić. Ale co tam. Pracą (tą starą) od tej chwili się nie przejmuje, do nowej muszę kupić jakiś żakiet i koszule. Jestem dobrej myśli choć mam wrażenie, że za łatwo to poszło. Aha, wanna jest zdecydowanie dwuosobowa, więc znów będziemy mogli razem z S. się wygrzewać w wodzie, nadrabiając brak czasu na rozmowę. I jak ekonomicznie będzie! :)

  Już na horyzoncie widzę wstęgę z napisem koniec. Jeszcze tylko dwie – trzy bezsenne noce, mnóstwo noszenia, wyrzucania, pakowania i rozpakowywania, a skończymy. Niestety remont zajmuje prawie cały mój czas i jedynie nadzieja na ładniejszą pogodę, a może nawet jakiś spacer po Łazienkach z moim S. ratuje mnie od zwariowania. Ale warto było (jest) się pomęczyć, bo mieszkanko to ja będę miała naprawdę piękne. No i biurko. I kuchnia tez wyszła całkiem nieźle. Ah ah!

  Obudziłam się dziś z pioruńskim bólem głowy, na który ani prochy, ani kawa pomóc nie chciały. W efekcie nie pojechałam na obiecujące (w sensie zawodowym) spotkanie, a co za tym idzie nagle zrobiło mi się trochę wolnego czasu przed pracą. Zaraz idę jeszcze spać z nadzieją, że jednak przejdzie (albo po prostu sobie tę głupią łepetynę amputuje), a potem będę miała okazję pojechać i kupić kilka rzeczy do mieszkania, które miały zaczekać na taką właśnie okazję.
  I tak sobie myślę… Ja wiem, że wiosna to nie tylko słońce, ciepło i zieloność, ale czy musi być aż tak szaro i brzydko? Pogoda dzisiejsza odstrasza od choćby myślenia o wyjściu, a co dopiero mówić o robieniu czegokolwiek. Ble. Ale ja będę silna, pokonam wiatr i mgłę i zrobię co powinnam! Czego sobie i wam życzę.

  No ładną sobie przerwę w pisaniu zrobiłam. Ale wytłumaczenie mam – remont oczywiście. By wyrobić się do końca miesiąca musimy załatwiać mnóstwo różnych rzeczy, a później jeszcze znaleźć czas na fizyczne robienie remontu, tudzież sprzątanie. A to sprzątanie to nie ot, takie sobie przejechanie ściereczką – podłoga w kuchni okazała się jednak jasno beżowa, a nie szaro – brązowa, umywalka biała a nie brunatna. Zastanawiam się jak ta kancelaria (mieszkanie było wynajmowane użytkowo) mogła funkcjonować w takim brudzie, bo widać, że pewne jego ‘elementy’ to chyba jeszcze mnie jako dziecko pamiętają. A wyprowadziliśmy się stamtąd bagatela (sic!) 17 lat temu.
  Ale damy sobie radę! Zastanawiam się tylko co zrobić z przecyklinowanym kablem telefonicznym.

  Ps. Znów przypomniałam sobie, że w ciele mam więcej mięśni niż mi sie na codzień wydaje.

  Hmmm, zabieganie remontowe sięga zenitu. Jutro wychodzę wcześniej z pracy, żeby mieć cień szansy na załatwienie wszystkiego na czas i jeszcze odwiedzić dziadka po operacji, bo ponoć tryska dobrym humorem (taka okazja nie zdarza się często). Ciekawe, czy pojawią się znowuż jakieś problemy, czy tym razem pójdzie gładko?
Mimo całego zmęczenia dziś wróciłam do domu w dobrym humorze. Pewnie dlatego, że się nic nie kiełbasiło, co ustaliłam to zrobiłam / załatwiłam / obgadałam. A co więcej zaczynam rozumieć na czym polega puszczanie strzałów, czemu sprawia to przyjemność itd. Wczoraj mianowicie takowego dostałam od Tomka, a dziś z satysfakcją się zrewanżowałam; i nawet prezesina z samego rana nie był w stanie mnie wytrącić z równowagi.

***

  Wiem, wiem. Miałam napisać o Toruniu i późniejszej rozmowie z S. Ale chyba jeszcze nie teraz. Może wieczorem się zbiorę i usiądę. To wbrew pozorom nie takie proste, kiedy jest się zmęczonym i nawet kawa nie pomaga.

Było pod wieloma względami bardzo dobrze. Pod kilkoma jednak niespecjalnie. Nieporozumienia, zły sposób komunikacji i długa, ciężka rozmowa po powrocie. Więcej po przemyśleniu tematu.

  We wtorek zaginął w akcji mój pan od remontu. Komórka mówiła, że niedostępny, nikt nie miał do niego innego kontaktu, ze zdenerwowania wstrzymywałam oddech, bo za dwa tygodnie musimy się przeprowadzić, a tu ani wieści o postępach, ani nawet możliwości wejścia do mieszkania. Jedyny komplet kluczy miał on. Dziś nawet wstałam wcześniej niż zwykle, zamiast jak zaplanowałam się wyspać, żeby pojechać na miejsce i może go zastać. Ale oczywiście bez większych efektów, za drzwiami było głucho (dziwnie się wali we własne drzwi, szczególnie kiedy się jeszcze nie zna sąsiadów). Jedyne co mi pozostało to zostawienie rozpaczliwej kartki w drzwiach. Co też grzecznie uczyniłam.
  W pracy nie mogłam usiedzieć, bo nawiedzały mnie już myśli o tragicznej śmierci majstra i moich próbach dostania się do mieszkania śmierdzącego trupem. Do domu wróciłam niemalże układając w myślach nekrolog, kiedy niespodziewanie zadzwonił telefon. Tak! To on! Dzwonił od moich rodziców, do których wpadł zostawić klucze do zmienionego zamka. W doskonałym nastroju powiadomił mnie, że mu komórkę odłączyli, ale wszystko gra, panele kupione, zamki pozostałe kupione, baterie itd. Wszystko ma i jutro rano jedzie układać! Ufff, kamień spadł mi z serca, aż sąsiedzi z dołu załomotali szczotką w podłogę, a długo wstrzymywany oddech wypuściłam, co zdecydowanie poprawiło moją kondycję fizyczną. Remontmistrz utrzymuje, że zdąży do końca tygodnia, a nawet, że jutro sam mi wyliczy ile stolarze powinni ode mnie wziąć za szafki kuchenne, bo lekko przegięli z wyceną (1600 za trzy szafki!!). Jutro w samo południe kontakt i będzie szafkarzom karki skręcał, żeby zrobili za mniejsze pieniądze i na czas. Jupiii!
  Z czystym sumieniem mogę jechać do Torunia, odetchnąć, pobalować i wygadać się za wsze czasy. Amen

Sen

1 komentarz

  Obudziłam się dziś z wyraźnym zaskoczeniem, spowodowanym treścią mojego snu. Ten ‘dział’ się w mojej szkole podstawowej, gdzie na czwartym piętrze (budynek ma tylko dwa dostępne i trzecie, na które wchodzi się jakoś na około) biesiadowałam wraz z moim ojcem, jakimś mężczyzną, którym byłam wyjątkowo zainteresowana i jeszcze kilkoma osobami. W pewnym momencie stwierdziłam, że mam ochotę na wódkę. Jako że byliśmy w szkole, to oficjalnie takich trunków nie mieliśmy. Musiałam więc pobiec po nią na (bliżej nie określony) dół. Wnosząc tę wódkę w buteleczce po szamponie (50ml), na pierwszym piętrze zauważyłam moją znienawidzoną polonistkę wchodzącą do sali. Była mężczyzną, księdzem i miała na ustach obrzydliwy, lubieżny uśmiech pedofila. Popędziłam na górę i więcej nie pamiętam, ale sen na pewno zaraz się skończył. Chętnie wysłucham opinii biegłego psychiatry ;)

***

Brak komentarzy

A kto umarł ten nie żyje, jak mawiał wielki poeta… eee… znaczy jak powiedział ktoś w Psach, już nie pamiętam kto. To by było na tyle dzisiaj.

VVV

Brak komentarzy

  Veni, vidi i na razie tak gdzieś vi… w kwestiach remontowych. Znaczy ustalone są już wszystkie szczegóły z najważniejszym remontmistrzem, stolarze jutro mają dzwonić z wyceną i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to w poniedziałek jeszcze cyklinowanie i możemy zacząć zwozić rzeczy. Czyli pełen sukces. Jeszcze tylko żeby TePsa się pospieszyła.
  Wieczorem Billy Elliot czyli film mądry, ciepły i poprawiający nastrój w sposób absolutnie nie tandetny. A w kwestii wczorajszych rozterek chyba zdecyduję się na opcje pierwszą czyli wyjazd.

  Z frontu pracowego: Prezes chyba specjalnie dziś nie przyjechał, żeby nie marnować pieniędzy na kwiatki z okazji dnia kobiet. Hehe.


  • RSS